Historia która na prawdę nie mogła się wydarzyć, a może jednak to prawda? Opowiadanie które śledzi losy Anabeth - trzynastolatki z dość nietypową cechą mianowicie wszystko co Anabeth wymyśli i nie jest kopią pojawia się. Np. gadający kot Nereus który pomaga jej zrozumieć nowy świat w którym się znalazła. Świat Autorów.

Informacje

Kopiowanie treści i obrazków jest surowo zabronione!

UWAGA!!! Zero weny i chęci... Nie wiem kiedy wrócą.
Nie wiem kiedy ruszę z nowym blogiem i starą/nową historią...

Rozdział
7: 25%

POPRAWIONE FABULARNIE: 3/8
POPRAWIONE JĘZYKOWO: 0/8

One Shot Miłość nie jedno ma imię - zostanie podzielony na rozdziały od 1-3 możliwie 4.
rozdział 2 0%
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tajemnica. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tajemnica. Pokaż wszystkie posty

9 lutego 2016

Rozdział 6



Rozdział 6 Wątpiąc, dochodzimy do prawdy.


Diaval okręcił się na pięcie i odszedł, zupełnie ignorując wołającą o pomoc Anabeth. Ścieżkę zasłaniała mu przydługa grzywka. On jednak znał drogę na pamięć. Podleciała do niego jedna z wróżek. Stworzonko zaczęło wymachiwać rękami i pokazywać na niego, a także groziło mu pięścią. Chłopak machnął ręką, jakby odgarniał złośliwego komara. Wiedział doskonale co miała na myśli. Nie miał jednak innego wyboru. Przystanął i popatrzył za siebie.

- Nie było innego wyjścia – powiedział, do siebie albo do lecącej za nim wróżki, po czym zniknął. Stworzonko poddało się i wróciło do swoich przyjaciółek. Tafla wody w końcu się uspokoiła. Anabeth zniknęła.

***

W tym samym momencie, kiedy piraci odzyskali wolność, Diaval skończył pisać wykańczający sprawdzian z języka polskiego. Zadzwonił dzwonek, a on z resztą klasy ruszył do wyjścia. Za progiem czekała na niego niewysoka, czerwono-włosa dziewczyna. Jego dziewczyna. A raczej była. Dla dobra misji zerwał z nią. Zresztą i tak był z nią tylko dlatego, że jej status społeczny odpowiadał jego statusowi. Innymi słowy znalazł dziewczynę ze swojej, wyższej, ligi. Tak właściwie nawet nie mieli wspólnych tematów. Westchnął i spojrzał na nią lodowatym wzrokiem. Patrzyła na niego trochę wyzywająco, ale w głębi oczu widać było zmartwienie. Nawet nie złość. Ręce miała przyłożone do piersi. Cienie pod oczami wskazywały, że zarwała noc, a ślady łez na policzkach mówiły mu jak tą noc spędziła.  Jak on nie cierpiał zrywać z dziewczynami… Zawsze były cyrki. Tak jak teraz.

- Tin mówiłem ci, żebyś mnie zostawiła w spokoju. Zerwaliśmy, nie pamiętasz? – oparł głowę o ścianę i uśmiechnął się do niej pokrzepiająco. Czerwono-włosa spuściła wzrok. Schował rękę do kieszeni i mimowolnie odpłynął myślami do Anabeth.

- Ty nic nie rozumiesz… - zaczęła chlipać – ja nie mogę cię stracić! Jesteś dla mnie ważny, nawet bardzo!

- To tylko puste słowa – powiedział, a uśmieszek zniknął z jego twarzy. Powoli zaczynała go już irytować.

- Nieprawda! – płakała już otwarcie i patrzyła na niego wielkimi, smutnymi oczami. Cała się trzęsła. Wyglądała okropnie w rozmazanym makijażu, nieułożonych włosach i niedobranych ubraniach. Jak on w ogóle mógł na nią zwrócić uwagę. Skrzywił się na wspomnienie ich pierwszego pocałunku.

- Tin. Przestań. Z tego i tak by nic nie wyszło. Znajdź sobie kogoś innego, dobrze ci radzę. I więcej nie wchodź mi w drogę – po ostatnim zdaniu wyminął ją i poszedł w tylko sobie znanym kierunku.

***

Jane Ross szła w zamyśleniu przez szkolny korytarz. Zastanawiała się gdzie jest Ana skoro nie przyszła znowu do szkoły i jaki udział w jej zniknięciu miał Diaval. Jane nie była głupią dziewczyną. Co to, to nie. Mieli już odjeżdżać i brakowało tylko Anabeth i Diavala. Po kilku minutach wrócił tylko blondyn. Mashimie dał kartkę, że niby Ana została u cioci w Kaprio. Przecież to już było podejrzane! Ale nauczyciel tylko westchnął, dał reprymendę uczniom by tak więcej nie robili jak ich koleżanka i wsiadł do autokaru.

Weszła do stołówki, a tam powitał ją jak zwykle dziwny zapach obiadu i okrzyki niezdyscyplinowanej młodzieży. Z bufetu wzięła najmniej dziwne jedzenie i poszła w stronę jej ulubionego stolika pod oknem. Kiedy szła, ktoś – najpewniej jeden ze szkolnych drani, takich jak Loki – podstawił jej nogę. Zachwiała się i jej spaghetti wylądowało na blond lowelasie i w jego pomidorowej.

- Sorki – powiedział szybko, zasłaniając się pustą tacą – to nie moja wina! Ktoś podstawił mi nogę. Przynajmniej masz więcej makaronu w zupie – wskazała na jego talerz. Chłopak wybuchnął gromkim śmiechem. Trzeba było przyznać, że nawet w sosie bolognese było mu do twarzy. Jane o czym ty myślisz! – skarciła się w myślach. Popatrzył na nią, tak jakby ją  oceniał. Nie spodobało jej się to i już miała się chłodno pożegnać, kiedy usłyszała jego cichy, ale stanowczy głos.

- Usiądź. Porozmawiajmy chwilę – gestem wskazał jej miejsce naprzeciwko siebie. O dziwo, mimo, że był jednym z najpopularniejszym chłopaków w szkole zawsze jadał sam.

- Jak chcesz – wzruszyła ramionami i usiadła. – Ale nie myśl, że na mnie działa ten twój piekielny urok – satysfakcje miała wymalowaną na twarzy.

- Spokojnie – uniósł ręcę w obronnym geście. – Chciałem porozmawiać na temat klubu.

- E?

- Niedługo będą drzwi otwarte i każdy klub ma się zaprezentować rodzicom i takie tam…

- Z tym to nie do mnie, panie kolego!

- Diaval – podał jej rękę. Niechętnie wymieniła uprzejmości i od razu schowała rękę, pod stół. – A właśnie do ciebie. Jak ci to wytłumaczyć? – podrapał się w głowę. Udawał głupka. Jane od razu to zauważyła.

- Prosto i z mostu. Jak to ucznia pierwszej klasy podstawówki.

- Mashima kazał mi, znaleźć ciebie, żebyśmy wspólnie zajęli się programem artystycznym kółka

 - powiedział na jednym wdechu.

- To na serio nie do mnie – powiedziała z powagą. – Serio, takimi rzeczami interesuje się Anabeth…

- Jak widzisz nie ma jej dzisiaj – przerwał granato - włosej, co lekko ją zirytowało.

- A czyja to wina? – popatrzyła na niego. Czy ona coś wie? – zastanowił się, ale szybko przybrał pozę niegrzecznego chłopca. Popatrzył na nią z pod przymrużonych powiek. Podparł głowę na ręce.  Innej dziewczynie na ten widok pewnie zmiękły by nogi. I ręce. I w ogóle byłaby jak z galarety. Na Jane jednak nie robiło to wrażenia. – Nie wysilaj się tak. Mam starszego brata. Doskonale znam te wasze męskie zagrywki do dziewczyn – prychnęła, a potem przybliżyła się do niego. – Przejrzę wszystkie twoje sztuczki i dowiem się prawdy Diaval.

- Proszę bardzo. Nie mogę się doczekać – powiedział i posłał jej figlarny uśmiech. Zebrał swoje rzeczy, bo uznał rozmowę za zakończoną. Na odchodne powiedział – I tak musimy zrobić ten projekt. Razem. Czy ci się to podoba czy nie –patrzył na jej twarz, bez żadnych emocji. Odszedł od stołu. Po chwili jednak usłyszał uderzenie w stół i ciche przekleństwo. Uśmiechnął się pod nosem. Kiedy wychodził z sali, dostał sms - a. Wiadomość sprawiła, że ciarki przeszły mu po plecach. Udał się do wyjścia ze szkoły. Jane, która właśnie wychodziła ze stołówki zauważyła go. Podjęła szybką decyzję i ruszyła za nim.

***

Szła za Diavalem już dobrą godzinę. Miała nadzieje, że jednak jej nie zauważył. Starała się być bardzo cicho. Co dla niej, osoby, której buzia nigdy się nie zamykała, było bardzo trudne. W końcu po długiej wędrówce przez mroczny las – „Serio Diaval nie mogłeś na kryjówkę złoczyńcy wybrać fabryki czekolady???!” – Jane zauważyła w oddali polanę. Blondyn już na nią wchodził.

I zniknął.

Granato-włosa przystanęła w pół kroku z rozdziawioną buzią i wielkimi oczami. Nie zważała, że może ja usłyszeć ktoś jeszcze – „ Chociaż kto o zdrowych zmysłach byłby jeszcze na radosnym spacerku w tym przerażającym lesie” – podbiegła do granicy lasu. Jeden krok i weszłaby na oświetloną łąkę. Nic więcej. Więc, gdzie był Diaval? Wyciągnęła rękę przed siebie. Zniknęła aż po łokieć. Cofnęła się szybko, prawie się przewracając. Znowu dzisiejszego dnia. Instynkt – a ona zawsze polegała na nim jak i na sercu i intuicji, a rozum zostawiała gdzieś z tyłu – podpowiadał jej, że tajemnica zniknięcia jej przyjaciółki czai się właśnie za tym niewidzialnym czymś. Podeszła do skraju lasu. Rozejrzała się, wzięła głęboki oddech i zrobiła krok do przodu. 
Czuła się tak jakby przeszłą przez bańkę mydlaną. Otworzyła oczy. Na polanie
stał domek z ogródkiem i studnią. Jane przechyliła głowę ze zdziwienia, ale wzruszyła ramionami podeszła do okna.  W środku chatka wyglądała zupełnie inaczej – jak mały szpital. Wszędzie kable, maszyny monitorujące funkcje życiowe i inne parametry. A wszystko było podłączone do jednej osoby.

 Anabeth.

Jane krzyknęła na jej widok. Zaraz jednak skarciła się w myślach, ponieważ  nie wiedziała czy ktoś jej nie usłyszał. Na pewno usłyszał. Po mamie miała ten operowy sopran. Niestety! Zaczęła powoli wycofywać się z pod okna. Nagle ktoś złapał ją za ramiona i obrócił w swoją stronę.

- Jane! – wykrzyknął Nereus.

- Nereus! – wykrzyknęła i ona. Nic już nie rozumiała. – Co tu się dzieje!? Co jest z Aną??? Czemu jest tutaj, a nie w jakimś szpitalu skoro coś jej się stało.

- Jane uspokój się. Wszystko ci wyjaśnimy – powiedział Diaval, stojący w progu drzwi. Dziewczyna osłupiała widząc lowelasa w białym kitlu. – To wszystko dla dobra Anabeth.

- Ta jasne. I mam ci uwierzyć? – powiedział Jane i prychnęła. Wyswobodziła się z uścisku Nereusa i poszła do środka. Diaval  grzecznie ją przepuścił. Rozejrzała się. Parter domku zajmował mały aneks kuchenny, szafka na buty , lustro i szafa na kurtki. Z drugiej strony był cały sprzęt i wielkie łóżko w którym spała Anabeth. Wyglądała przynajmniej jakby spała. Coś i Autor weszli do środka za nią.

- Tylko nie ubłoć, proszę. Sprzątałem cały dzień – powiedział Nereus na co Jane przewróciła oczami. Podeszła do przyjaciółki i wzięła ją za rękę.

- Zimna. Jak zawsze – westchnęła. Spojrzała zmartwionym wzrokiem na pozostałą dwójkę. – Liczę na szczegółowe wyjaśnienia.

- To może kakao? – powiedział uśmiechnięty Nereus jakby przyszła w odwiedziny na herbatkę. A tak naprawdę przeszła tą całą drogę, by odnaleźć Anabeth całą i zdrową, a nie przypiętą do jakiś pikadeł i kabli. Podeszła do niego i zmierzyła go wzrokiem, tak wściekłym, że Coś głośno przełknął ślinę. Zaraz jednak odzyskał opanowanie. – Siadaj Jane – powiedział naturalnym, swobodnym tonem. Zrobiła jak kazał. Założyła nogę na nogę, jak miała w zwyczaju. – Diaval może ty opowiesz… Ja nie mam już na to siły – po raz pierwszy odkąd tu przyszła zauważyła u Nereusa strach i zmartwienie.

- Ok – blondyn usiadł na podłodze przed Jane w siadzie skrzyżnym. – Przygotuj się, bo to trochę dłuższa opowieść.

- Czy w takim wypadku nie można powiedzieć, żebyś się streszczał?

- Niezbyt. Gdybym się streścił to nic byś nie zrozumiała – zaśmiał się głucho i podrapał w tył głowy. Zdecydowanie nie wiedział jak zacząć. Westchnęła.

- Nereus! To ja jednak poproszę to kakao!
__________________________________________________________________________________
Mam nadzieje, że nie zanudzi się ten kto to czyta, jeśli ktoś to czyta...  Znalazłam bete - osobę od sprawdzania błędów jakby ktoś nie wiedział. Niestety jeszcze mi nie pomaga. Więc rozdział może być z błędami, długimi zdaniami itp. 
W tym rozdziale postanowiłam skupić się trochę na  tajemniczym i mrocznym Diavalu i gadatliwej, ale dbającej ponad wszystko o swoich przyjaciół Jane. Jednym słowem - rozwinęłam wątki poboczne. No i wystąpił kochany czarny kot!  
Co się dzieje z Aną? Jaki w tym udział ma Diaval? A jaki Nereus?
O co w tym wszystkim chodzi? 
Na te pytania i inne, które Wam się nasuną ( śmiało możecie je wpisywać w komentarzach) postaram się dać odpowiedzi w nadchodzących rozdziałach. Nie wiem, kiedy będzie 7 rozdział. Zresztą jak zawsze :). 
Arjana

7 maja 2015

Rozdział 4

Rozdział 4 
Ahoj przygodo! Czyli początek morskiego wcielenia.

- Anabeth! – zawołała Jane kiedy zauważyła swoją koleżankę na horyzoncie. Brązowowłosa odmachała jej i powiedziała coś do naburmuszonego Nereusa. Ten prychnął i przyśpieszył tak, że już po chwili byli obok dziewczyny. – Co znowu się stało?
- Jedziemy do Aquaparku. To się stało! – powiedział z wyrzutem chłopak.
- Mogłeś zostać w domu. Nie kazałam ci przecież ze mną jechać! – powiedziała zirytowana Ana. Od rana miała z nim same problemy. Naprawę by się cieszyła, kiedy by został w Lilium. Zwłaszcza, że chciała dowiedzieć się więcej o nieznajomym, przystojnym blondynie o imieniu Diaval. Myślała o nim coraz częściej. Zwłaszcza jaki jest, co lubi, jak się uczy. Tyle pytań kotłowało się w jej głowie! Niestety, nie mogła mu zadać ani jednego. Od spotkania z Mashimą nie widziała go w szkole, a przecież minął już dobry miesiąc. Westchnęła. Po chwili zauważyła świdrujące spojrzenie Nereusa. – Mam coś na twarzy?
- Nie.
- Spoko.
-Spoko.
-Świetnie.
-Świetnie.
- Idziemy? – zapytała Jane zmęczona rozmową pozostałej dwójki.
- Tak! Jesteśmy już spóźnieni! – wykrzyknęli w jednym momencie i razem pobiegli w stronę szkoły.
***
- Czy wszyscy już są?
Kaprio
- Tak! – odparła grupa uczniów na pytanie Mashimy. Zaczęli powoli wchodzić do małego szkolnego busa. Anabeth usiadła koło okna i podczas drogi oglądała okolicę. Nie miała ochoty rozmawiać z siedzącym obok niej Nereusem ani z dziewczynami, które siedziały przed nimi. Tak właściwie to one spały. Wszyscy spali oprócz niej. Jutro mieli dojechać do miasta Kaprio. Największego centrum rozrywki w całym kraju. Ludzie mieszkali na obrzeżach, a w samym centrum były kluby, restauracje, wesołe miasteczka, parki rozrywki i oczywiście Aquapark.  
Około 4 nad ranem kierowca zarządził postój. Ana jako jedyna skorzystała z możliwości wyjścia na zewnątrz. Ale czy aby na pewno tylko ona? W pobliżu parkingu było małe wzniesienie, które zaraz miało zostać skąpane w blasku wschodzącego słońca. Usiadła czekając na brzask. Mokra trawa poruszała się w rytm wiatru. Usłyszeć można było ćwierkanie ptaków. Las który rozpościerał się za wzniesieniem zaczynał budzić się do życia. Zamknęła oczy. Po chwili poczuła ciepło pierwszych promyków na twarzy. Wstała by lepiej widzieć wielkie, czerwone słońce i bladoróżowe chmury. Chłodny wiatr zerwał wstążkę którą miała zaplecione włosy. Wpadła ona w ręce blond włosego chłopaka. Popatrzył na brązowowłosą i nie mógł uwierzyć w to co widzi. Była piękna, otaczała ją złoto-czerwona łuna słońca, które zasłoniła, a wiatr rozwiewał jej niebieską sukienkę. Brązowe oczy były pełne zdziwienia. Chyba pokochał te oczy. Oczy, które patrzyły teraz tylko na niego.
Zaraz jednak się opanował. Znowu przywdział maskę buntownika. Podszedł do niej. Z bliska nie wydawała mu się już taka idealna. Lecz to sprawiało, ze była jeszcze piękniejsza. Pocałował wstążkę sprawczynie tego zdarzenia i włożył jej do ręki. Jaka krucha – pomyślał – jak porcelana. Odszedł. Odwróć się, odwróć! – myślała. Zrobił to. Zauważył na jej twarzy uśmiech i iskierki w oczach.
- Dziękuje Diaval! – zawołała, kiedy szedł w stronę busa. Uśmiechnął się, idąc dalej. Podbiegła do niego i stanęła z nim twarzą w twarz. – Słyszałeś? Dziękuje.
- Nie potrzebuje podziękowań od podlotka i podróbki Autora – powiedział i popatrzył na nią chłodno. Zbił ją z tropu. Na tym mu zależało. Uśmiechnął się pod nosem i wyminął ją.
- Słuchaj ty! Nie jestem żadnym podlo coś tam…
- Podlotkiem.
- Mniejsza. Ani podróbką Autora! Pokaże ci na co mnie stać, więc się przygotuj! – właśnie poznał jej trzecią twarz. Wtedy kiedy wszedł jej ktoś na ambicję. Była jak otwarta księga. Zaczęła go intrygować już nie ze względu na wygląd, ale też przez charakter.
- To co zaczynamy – otoczyła go aura jego mocy.
- Nie teraz. Jestem zmęczona – powiedziała i poszła do busa.  Wsiadając pokazała mu język. Rozbawiło go to. Kiedy ostatnio rozśmieszyło go coś? Nie pamiętał. Zapowiadało się coraz ciekawiej.
***
- Panienki gotowe?
- Już! Chwila! – dało się słyszeć z szatni.
- Co oni tam tak długo robią no?! – mówiła zbulwersowana Jane.  – Przecież to my jesteśmy dziewczynami. Mashima – sensei możemy już iść!
- Prosimy! – powiedziały wszystkie.
- Czuję że woda i dziewczyny w bikini mnie wołają! – zawołał Loki, który właśnie wybiegł w szaleńczym tempie z szatni. Nauczyciel nawet nie zdążył powiedzieć, żeby nie biegał, a ten już wylądował na swoich czterech literach. Reszta chłopaków po chwili też do nich dołączyła.
- Życzę wam miłej zabawy moi drodzy. Cieszcie się tym wolnym czasem. Ja jakby co będę w barze – z błogą miną mówił i myślał jakie to drinki sobie zamówi. Chociaż nie! Nie może, jest przecież opiekunem. Ale może jednego, a potem kolejnego. Skończyło się to potem tak, że Luca z Shunem musieli go targać do busa nieprzytomnego.
***
Parę godzin później Anabeth upadła wykończona na leżak. Najpierw z Midori poszły zjeżdżać zjeżdżalnią,  która miała tyle zakrętów ile górska droga. W duchu dziękowała sobie że nie chciała jeść dziś dużo na śniadanie. Nie chciała wyglądać jak Jane, która dostała choroby morskiej od samego stania na atrapie statku pirackiego. Potem, kiedy niebiesko włosa wydobrzała, zabrała ją na nurkowanie z rybami. Pomińmy fakt, że Alexandra, która im towarzyszyła została prawie zjedzona przez jedną pływającą istotę. Dziewczyny odeskortowały ją do lekarza, gdzie wszystko było w porządku oprócz psychiki pacjentki. Postanowiła ona więcej nie pływać i potowarzyszyć Mashimie w barze. Po obiedzie Anabeth postanowiła spróbować swoich sił i przekonać Nereusa, żeby popływał. Lepiej tego nie opisywać bo są to zbyt drastyczne sceny próby ucieczki Cosia. Później Ana popływała sama i skorzystała z kolejki górskiej którą objechała całe miasto. Pod koniec zauważyła wysiadającego blondyna z wagonika przed nią. Poszła za nim, ale po chwili straciła go z oczu, w tłumie. Wróciła do Aquaparku gdzie znowu pływała, bawiła się i zjeżdżała z Midori i Jane.
Jedna z atrakcji Kaprio
 Raz spotkała samotnego Lucę z miną zbitego psa.
- Czemu jesteś smutny Luca? Nie podoba ci się tutaj? – zapytała.
- Jestem przygnębiony ponieważ… nie wiem gdzie jest Diaval! – takiej odpowiedzi się spodziewała, ale to co mówił potem zbiło ją z tropu. – Ten łoś miał tu już być 32 minuty i 16 sekund temu! I co, jest jak zawsze kiedy ten idiota …
Ana postanowiła go zostawić, ponieważ nie wiedziała co w złości może zrobić ten chłopak. Nawet kiedy odeszła na kilka dobrych metrów słyszała niemiłe epitety mówione pod adresem blondyna. Z przykrością jednak stwierdziła, że tej części parku nie zna. Do tego Luca gdzieś zniknął, a w pobliży ani żywej duszy.
- No to klops…
Tak oto po kilku godzinach szukania opadła na swój leżak.Naprawdę jednak minęło pół godziny.
- Mam dosyć wszystkiego… Ludzi, Cosiów, rybek, wody…  - mówiła do siebie, kiedy nagle... Chlup! Na całe pomieszczenie dało się słyszeć śmiech Lokiego.
- Wyglądasz jak topielec! –zawołał do Any będącej w basenie.
- Wielkie dzięki Loki! A wiesz co? Nie jest jeszcze tutaj, aż tak źle. Może ty też powinieneś spróbować – kolejne chlup i chłopak wylądował koło niej. Popatrzył na nią spod byka. Ona była gotowa do ucieczki. Po chwili jednak zaczął się śmiać, a ona razem z nim.
***
Słońce powoli zachodziło. Anabeth jako ostatnia wyszła z szatni. Rozejrzała się. „ Serio! Wszyscy już poszli… Gdzie oni są?” – myślała.
- Głupie, długie włosy – powiedziała do siebie.
- Jak włosy mogą być głupie? – znała ten głos. Jego właściciel stanął przed nią.
- O Diaval! Jak dobrze, że jesteś. Wiesz może gdzie reszta grupy? – udała, że nie usłyszała jego słów. Westchnął i odgarnął niedbale swoje włosy.
- Są na zewnątrz. Chodź, najpierw chce ci coś pokazać.
- Co? – zapytała jak małe dziecko.
- Zobaczysz – powiedział z tajemniczym uśmiechem na twarzy i złapał ją za rękę. Nie protestowała.
Okazało się, że za Aquaparkiem znajduje się mały las. Blondyn prowadził ją tak jakby znał to miejsce od dawna. Wiedziała za to, że Nereus nie pochwalił by jej eskapady. Zwłaszcza z Diavalem. Lecz nie potrafiła się oprzeć ciepłu bijącemu z jego ręki. Trafili nad jeziorko. Ostatnie promienie słońca ogrzewały ich buzie. Z lasu zaczęły wylatywać świetliki. Tworzyły małe grupki, a potem dołączały się do kolejnych. Robiły to z taką gracją. Jeden zatrzymał się obok Any na wysokości twarzy.
- Co to! – zawołała. W miejscu świetlika była mała istotka z dużymi, szpiczastymi uszami, wielkimi oczami i parą świecących skrzydeł. Miała długą sukienkę z płatków kwiatów. Cała jej postać błyszczała. Zaczęła się śmiać z Autorki która jej się przyglądała. Chyba coś powiedziała, ale nie można było zrozumieć.
- Nigdy nie widziałaś wróżki? – zapytał Diaval. Uśmiechnął się pod nosem. Wróżki zawsze były ciekawym zjawiskiem. Nie spodziewał się nawet, że tak szybko ją zaakceptują i pokażą jej swoją prawdziwą formę.
- Piękne – powiedziała cicho, a istotka dygnęła w podzięce. Gestem przywołała koleżanki. Przyniosły kwiaty. Okrążyły głowę Any i wplotły je jej we włosy. Kiedy były tak blisko twarz Anabeth także jaśniała.
- Ładnie by ci było ze skrzydłami –stwierdził chłopak i uśmiechnął się do niej zawadiacko. Ona spłonęła rumieńcem. – Chodź jest jeszcze coś – poprowadził ją w stronę jeziorka. Kiedy odwróciła głowę zauważyła smutną minę pierwszej wróżki, którą spotkała. Pomachała głową jakby chciała powiedzieć, że ma tam nie iść. Szybko spojrzała znowu na tył jego głowy.
Woda mieniła się wszystkimi kolorami tęczy. Nie wiadomo gdzie pod wodą powstawało światło, które potem odbijało się od łusek wielobarwnych ryb i oświetlało brzeg. Kiedy Ana patrzyła w wodę, Diaval zebrał dwa małe kwiatki.
- Zagrajmy w grę – powiedział. – Jeden kwiatek dla ciebie, jeden dla mnie – podał jej roślinę. – Ten kwiatek, który popłynie szybciej i dalej wygrywa.
- Czemu to ma służyć?
- Możemy się o coś założyć - powiedział.
- A o co?- dopytywała się.
- Powiedzmy... - zastanowił się. Przynajmniej sprawiał takie wrażenie. Lecz on miał już góry ustalony cały plan działania. - O przysługę. Jeśli ja wygram ty coś zrobisz dla mnie, jeśli ty wygrasz ja zrobię co tylko będziesz chciała.
- Zgadzam się – powiedziała i wyniośle uniosła głowę. Liczył właśnie na taką odpowiedź. Nie zdawała sobie nawet sprawy z niebezpieczeństwa. „ Co za ufna dziewczyna” - pomyślał. Zamierzał to wykorzystać.
- Trzy, dwa , jeden… Start! – położyli kwiaty i zaczęli dmuchać. Roślina Diavala wysunęła się na prowadzenie. On jeszcze się wychylił i dmuchał dalej. Nie mogła przegrać, więc także się wychyliła. Ręka, na której się opierała, ześlizgnęła się i Ana wpadła do wody. Kiedy się wynurzyła, jego nigdzie nie było.
- Diaval! Diaval! – krzyczała. Postanowiła sama wydostać się na brzeg. Nagle złapało ją coś za nogę i zaczęło ciągnąć w dół. Rozpaczliwie złapała ostatni oddech i znalazła się pod wodą. Ryby ją okrążyły. Druga noga została także złapana. Próbowała się skupić na wymyśleniu Cosia, ale brak tlenu skutecznie jej to uniemożliwiał. Ryby wpływały wokół niej co raz szybciej. Znalazła się w środku kolorowego wiru.  Może to przez brak tlenu, ale wydawało jej się jakby ryby szeptały jakieś zaklęcie. Wypuściła ostatnie bąbelki powietrza. Straciła przytomność.
***
Słońce ją oślepiało. Słyszała głosy ludzi. Otworzyła oczy i prawie utonęła, ponieważ przykryła ją fala. Wypłynęła i rozejrzała się dookoła. Znajdowała się na pełnym morzu. Kilka metrów dalej płynął statek. Nagle ktoś z niego wyskoczył. Płynął w jej stronę. Pojawił się przed nią białowłosy chłopak.
- Może panią podwieźć?
- A wie pan, że chętnie – powiedziała i chętnie uczepiła się jego ramienia. Razem dopłynęli do statku. Ostatkiem sił wdrapała się na pokład statku. Powitał ją krąg mężczyzn wyglądających jak piraci. Poczuła zimną stal przy szyi. Białowłosy złapał ją za nadgarstki.
Dajmon
- Witamy wśród załogi Krwawego Ognia panienko! Liczymy na sowitą zapłatę za ciebie – wykrzyknął, a inni mu zawtórowali. Popchnął ją w stronę innego młodego chłopaka.
- Chwila! Ja się nie zgadzam!
- Ty chyba nie jesteś stąd prawda? – przybliżył się do niej.
- Nie, nie jestem.
- No moi drodzy, więc powitajmy panienkę na naszym statku pirackim - kapitan zaakcentował ostatnie słowa.
- Słucham? Statek piracki? W ogóle, gdzie jesteśmy? – Anabeth już nic nie wiedziała.
- Jesteśmy załogą Krwawego Ognia. Najgroźniejszymi piratami na całych Karaibach! Jeśli chcesz wiedzieć mamy rok 1657. A ja nazywam się Dajmon. I jestem ich kapitanem. Flinn zabierz naszego ślicznego gościa do jej uroczego apartamentu.
- Co! Nie! Chwila! – protestowała. Niestety i tak zamknęli ją w ciemnym pokoju bez okien, jedzenia i miejsca do spania. Zaczęła płakać.
- Diaval głupku! To wszystko twoja wina…
Krwawy Ogień
 _________________________________________________________________________________
 Szablon który miał być na następne parę miesięcy starczył na mniej niż miesiąc. Nie wiem co się stało. Przy jednych postach można dodawać komentarze, a przy innych nie. Postaram coś na to zdziałać. 

Zdenerwowana na głupi szablon Arjana
P.s Na razie będzie ten zrobiony na szybko z kotem i księżycem w nagłówku. 
Edit: Komentarze można dodawać. Szablon znów zmieniony.

4 stycznia 2015

Rozdział 2 „ Luz, ca mara action!”

Bez większych wstępów! Zapraszam do czytania :).
_________________________________________________________________________________
„ Luz, ca mara action!”
To będzie dobry rok! – pomyślała Anabeth wychodząc ze szkoły.
Guzik prawda! Nie dość, że była spóźniona, to jeszcze buty jej się zepsuły i musiała biec na bosaka.
Koszmarna końcówka tak dobrego dnia.  W końcu wbiegła do budynku i nagle stanęła jak słup soli.
- Głupol ze mnie! – powiedziała do siebie i pacnęła się ręką w czoło. – Nawet nie wiem gdzie ma się znajdować pokaz. Mashima – sensei będzie na mnie strasznie zły! Co tu zrobić? Co tu zrobić? – milion pomysłów na minutę przewijało się przez jej głowę. Żaden niestety nie dawał gwarancji, że znajdzie  swoją klasę. – Ała, moje stopy…
- Może w czymś ci pomóc bambina? – zapytał blond włosy chłopak, którego kojarzyła z porannej przechadzki na apel. Patrzył na nią w sposób dziwny do opisania. Jego wyraz twarzy udawał zatroskanie jej osobą i chęć pomocy, jednak oczy… W nich czaiło się coś strasznego. Dziwny jasny błysk. Nagle znalazł się bardzo blisko niej. – Bambina? Szukasz może pierwszej klasy przygotowującej się do koszmarnego przedstawienia? – złapał ją za rękę. – Chodź zaprowadzę cię.
- Yhm – udało jej się wydobyć z gardła. Szedł przed nią co chwila rzucając ukradkowe spojrzenia swoimi dziwnymi złotymi oczami. Nagle przeszła jej przez głowę pewna myśl. Zatrzymała się gwałtownie. – Jakie koszmarne przedstawienie? Co jest w nim takiego strasznego?
- Ach nic szczególnego. Po prostu nauczyciele siedzący w komisji są bardzo surowi. No chodź – powiedział i pociągnął ją za rękę. Nie ruszyła się. Coś podpowiadało jej, żeby nie ufać temu chłopakowi. Intuicja? Może to być i ona byleby się tylko nie pomyliła.
- Kim jesteś? – spytała w końcu, lekko drżącym głosem. Kiedy nie uzyskała odpowiedzi wyrwała rękę z uścisku chłopaka i cofnęła się kilka kroków. Nagle zawiał silny wiatr. Okna zatrzeszczały. Blondyn popatrzył na nią z pod byka. Sparaliżował ją swoim wzrokiem. Ana była przerażona. Zaczął do niej podchodzić co raz bliżej i bliżej.  Zamknęła oczy i wyobraziła sobie wielkiego złotego lwa atakującego chłopaka. Skupiła się na zwierzęciu. Na jego grzywie, ostrych pazurach i zębach. Poczuła że blondyn łapie ją za nadgarstek. To uczucie ściągnęło ją trochę do normalnego świata, ale nadal miała przed oczami wizje wielkiego kota. Starała się znowu skupić. Na siłę tego nie zrobisz – mawiał Nereus, ale w tej sytuacji inaczej nie potrafiła. Czuła jak jej głowa miałaby zaraz eksplodować. Przezwyciężając ból uniosła się w swojej wyobraźni, a lew stał się wyraźny.  Uniosła rękę i w jednaj chwili stała naprzeciwko swojego nowego Cosia. Wielki kot dotknął czubkiem nosa jej ręki. Nagle rozbłysło światło i znowu była w normalnym świecie. W tym samym momencie kiedy otworzyła oczy, złote zwierze rzuciło się na chłopaka. Ten broniąc się puścił Anabeth i odwrócił od niej wzrok. Wtedy skorzystała z okazji i zaczęła uciekać. Oddalając się od miejsca gdzie spotkała blondyna słyszała tylko zwierzęce odgłosy walki. Była wykończona.  W pewnym momencie trafiła na drzwi prowadzące do sali gimnastycznej. Otworzyła je. Stanęła  jak wryta. Bo za drzwiami nie było sali tylko jakiś portal. Przeczucie kazało jej się odwrócić. Na końcu korytarza stał blondyn. Miał poszarpane ubranie, utykał na jedną nogę i miał całą twarz w złotej cieczy. Uśmiechał się do niej, a z jego oczu biła wściekłość.
- Twój Coś nie był najlepszy bambina. Jak malutki kotek. Ale i tak zadał mi trochę bólu jak sama widzisz – powiedział i wskazał na swoją nogę. – Nie przejmuje się jednak tym za bardzo bo wiem, że nie masz już ani krzty siły na wyobrażenie sobie czegoś nowego. Tak więc ciao bambina – mówiąc to podniósł swoją lewą rękę. Po wewnętrznej stronie miał dziwny znak, który zaczął świecić. Promień ciemnej energii otoczył ją całą. Popchnęło ją to w stronę portalu. Wpadła do niego i straciła przytomność. Ostatnim co zapamiętała był jej własny krzyk oraz jego śmiech.
***
- AAAAAAAAAAAA! – Anabeth obudziła się z krzykiem. Nereus, w formie kota, od razu do niej podbiegł.
- Ana co się stało! –  krzyknął jej  w twarz. Patrzyła na niego wielkimi, szklistymi oczami. Stał na jej brzuchu, a i tak bez tego czuła mdłości.
- Najpierw mógł byś ze  mnie zejść… - powiedziała i odwróciła głowę. Kot spojrzał gdzie aktualnie stał. Jego futro całe się zmierzwiło.
- Taak, już schodzę – jak powiedział tak zrobił. Dziewczyna szybko ogarnęła swoje potargane włosy i pogniecioną sukienkę. Usiadła na łóżku. – No więc? – ponaglał ją.
- Wiesz, że jesteś tak denerwujący jak mucha?
- Powiedziałaś mi to dopiero dzisiaj 55 raz. Już zdążyłem się przyzwyczaić.
- Zaczęło się tak… - opowiedziała swojemu przyjacielowi cały sen. Ten usiadł koło niej i potakiwał w niektórych momentach.
- Znasz tego chłopaka, prawda?
- Nie znam go. Pierwszy raz zobaczyłam go dopiero w tym śnie – jej usta wypowiedziały te słowa, ale mózg zaprzeczał. Była kontrolowana. – W sumie to nawet nie wiem dlaczego ci się zwierzam ze wszystkiego! Jesteś egoistą – dbasz tylko o siebie oraz jesteś, jesteś okropny i zabierasz mi powietrze!
- Ach tak! – odpowiedział hardo kot i zmierzył ją piorunującym wzrokiem. – W takim razie już sobie idę. Mości królewna się znalazła! I jeszcze czego, powietrze jej zabieram! – powoli zaczął odchodzić od niej. – Ana – powiedział po krótkiej chwili nie odwracając się do niej – zawsze cię wysłucham bez względu na wszystko, pamiętaj.
Po powiedzeniu tego dostał poduszką w głowę. Dziewczyna szybko wyszła z mieszkania. Nawet nie chciał jej gonić. Co ją ugryzło? – zastanawiał się. – W każdym razie przejdzie jej – pomyślał i udał się w stronę kuchni.
***
Biegła. Łzy lały się strumienia z jej brązowych oczu. Dlaczego to wszystko powiedziała? Dlaczego?
Rozmywająca się postać to duch tylko brak studni...
Otworzyła oczy. Intuicyjnie pobiegła do parku. Była na małej polance. Wysokie, rozłożyste drzewa prawie zasłaniały słońce. Ostatnie promienie ogrzewały miejsce gdzie stały ruiny starej studni. Bluszcz obrósł ją jeszcze niedokładnie i można było usiąść na brzegu. Anabeth postanowiła, że tak zrobi. Kiedy usiadła zdała sobie sprawę, że krajobraz wygląda całkiem magicznie. Drzewa, pyłki mieniące się w słońcu, miły zapach podobny do cynamonu. Dotknęła oczu. Nie było śladu po wcześniejszej sytuacji ani wewnątrz ani na zewnątrz niej. Dlaczego nie zastać by tu na zawsze? Bez problemów, bez sytuacji podbramkowych, bez mocy, które tylko przysparzają kłopoty… - myślała.
- To po prostu życie… - usłyszała w głowie. Rozejrzała się. Za nią, w powietrzu siadała półprzeźroczysta postać.
- Nie jesteś aby z galarety? – zapytała by się upewnić.
- Nie – powiedziała dziewczyna nie otwierając ust. Zdawało się, że jej głos wydobywa się ze studni. – Jeśli chcesz możemy się zamienić. Ty na zawsze zastaniesz na polanie, a ja wrócę do życia co ty na to? – zapytała i powoli znikała.
- Bardzo ci na tym zależy?
- Bardzo – jej twarz wyrażała ból.
- Przepraszam, ale nie mogę – powiedziała. Zdała sobie sprawę z tego jak wiele niewyjaśnionych spraw czekało na rozwiązanie. Zwłaszcza prima paladin. Zwłaszcza.
- Rozumiem.
- Jeśli chcesz mogę cię odwiedzać?
- Um jak chcesz… Ale uprzedzam nie skończy się to dla ciebie dobrze – powiedziała i uśmiechnęła się smutno.
- Nie przesadzaj! – brązowowłosa machnęła ręką. – Przecież tutaj jest pięknie! Jak mogłoby ci się nudzić? Skoro o nudzeniu mowa… - spojrzała na zegarek. – O Boże! Jestem spóźniona! – prędko wstała i zaczęła biec. Na skraju polany stanęła i odwróciła się. – Odwiedzę cię jeszcze. Obiecuje! Mam na imię Anabeth – znowu zaczęła biec. Nagle wszystkie drzewa się zatrzęsły, powiał silny wiatr, który uniósł ją trochę nad ziemią. Zdawało się, że cała przyroda mówiła jedno imię. Mercedes… Ona ma na imię Mercedes. Autorka uśmiechnęła się sama do siebie i przyśpieszyła.
***

Wpadła do szkoły przez otwarte drzwi. Do mokrej od potu twarzy przyklejały się końcówki jej brązowych włosów. Sapiąc spojrzała na zegarek. Zdążyła w ostatniej chwili! Za rogiem właśnie znikały granatowe włosy.
- Jane! – wydarła się. Zza rogu najpierw wyjrzały oczy, potem głowa aż w końcu stała przed nią cała. Z groźną miną.
- Co ty tu jeszcze robisz! – nakrzyczała na nią. Ana stała w osłupieniu. Cała jej radość znikła w jednej chwili. Jane pokręciła głową, złapała ją za rękę i pobiegła by dogonić klasy. – Masz szczęście, że twoje nazwisko zaczyna się na S.
- Tak.. bo inaczej byłoby po mnie. Wyobrażasz sobie w ogóle Mashime – sensei, który się denerwuje?
- Może puchnie mu twarz i cała się robi czerwona – druga Autorka zwolniła trochę by pokazać jak byłby wyglądał ich nauczyciel. Wytrzeszczyła oczy w jednym momencie zrobiła się cała jak burak i powiedziała w przestrzeń – Uśtawće się w pary! – pokazała przy tym trzy palce. Anabeth wybuchła śmiechem.  Dołączyła się  do niej.
- Gdyby ktoś nas teraz widział… - zaczęła i otarła łzę, która zakręciła się w jej oku.
- Ekhem panienki co tutaj robicie?
- Mashima – sensei! – krzyknęły i odwróciły się w jednym momencie. Stał jak zwykle nonszalancko oparty o ścianę, był spokojny, ale jego oczy wyrażały pewne poirytowanie.
- Proszę na pokaz – te trzy słowa wystarczyły. Twarze dziewcząt skupiły się w jednym momencie.
- Tak jest, sensei! – odpowiedziały równo i pobiegły w stronę sal przygotowawczych. Kiedy zniknęły mu z oczu, uśmiechnął się lekko pod nosem.
***
Wyszła ze szkolnej piwnicy po długich, krętych schodach na złoty wybieg. Oślepiły ją światła. W koło w roli widzów występowały tekturowe postacie. Z głośników wydobywała się cicha muzyka, trochę upiorna. Na końcu drogi która ją czekała stał stół na podeście, a za nim trzy osoby. Nie rozpoznała żadnej z nich. Wiedziała tylko, że jedna, która siedziała po środku była kobietą. Przez styl uczesania, ledwo  widoczne  krwisto czerwone usta… Równie dobrze mógł to być chudy transwestyta. Anabeth uśmiechnęła się do swoich myśli. Mama zawsze jej powtarzała: Nie oceniaj książki po okładce! Nakazała swoim kończynom poruszyć się. Zrobiły to co im kazała. Odetchnęła z ulgą. Cały czas martwiła się oto czy znowu ktoś nie przejmie nad nią kontroli. Najwyraźniej tej osobie znudziło się albo wolała popatrzeć jak sama robi z siebie błazna. Stanęła przed komisją tak jak ustalono, nie za daleko i nie za blisko. Osoba z lewej strony podniosła rękę przed siebie. Był to znak, że może zacząć.
- Jeśli to jest miłość… - zanuciła po francusku. Usłyszała prychnięcie i kilka okrzyków niechęci ze strony publiczności. – Skup się. Nie przejmuj się nimi – powiedziała do siebie. – Wyobraź sobie co czujesz i przelej to na papier… - przed nią zaczęła się formować się z połyskującego proszku kartka, pióro i kałamarz. Wzięła przyrządy do ręki. Publiczność krzyczała na nią. Miała ochotę im także odkrzyknąć żeby się zamknęli. Nie mogła. Zdyskwalifikowali by ją. Dlaczego nie mogła nic prostego wymyślić? Słowa grzęzły jej w gardle, zapominała słów. Zacisnęła pięści. Zwiesiła głowę.
- Jeśli to jest miłość… - usłyszała głos z oddali. Był taki przyjemny. Dodawał jej otuchy. Nie to nie mógł być Nereus, ale także mówił to mężczyzna. - Musiałem odejść, nie byłem już sobą
Upadłem tak nisko
Że już nikt mnie nie widzi
Walczę z pustka i chłodem, chłodem…
Chciałbym wrócić, nie potrafię
Chciałbym wrócić
Jestem niczym, jestem nikim


Ratuj mnie… - kiedy tego słuchała wyobrażała sobie niestworzone rzeczy. Smoki z wody i ognia które walczyły między sobą, potem kiedy się zderzyły z pary powstał cień lwa, który zamienił się w człowieka, który biegł i biegł i biegł… A za nim podążał wielki mrok. W końcu pochłonął mężczyznę. Chciała krzyknąć bo ją także otaczała ciemność. Nagle przed jej twarzą pojawiły się dwa czarno – złote kamienie. Nie to nie były kamienie tylko oczy. Otworzyła swoje. Unosiła się nad ziemią dzięki  wodzie, która pojawiła się znikąd, z sufitu padały płatki róży, a jej ciała mieniło się złotym blaskiem. W drzwiach pojawiła się czyjaś rękę. W powietrzu nakreśliła kilka łuków, a wszystko wokół Any zniknęło. Upadła na ziemie. Była wykończona. Jury wstało z krzeseł. Środkowa postać podniosła wskazujący palec do góry. Skończyło się. Zaliczyła.
***
- Serdecznie mam dość wszystkiego! – powiedziała Anabeth po raz setny do Jane.
- Wiem, wiem…
- Do tego sensei każe na siebie czekać kiedy miałyśmy iść na przyjęcie… - zrobiła smutną minę.
- Wiem, wiem… A tam miały być takie pyszne koreczki i ciasteczka i inne smakołyki… Anabeth chodźmy już stąd. Mashima nie przyjdzie. Może zapomniał. Czekamy już w tej sali od godziny. Całe jedzenie nam zjedzą!
- Tobie jedno tylko w głowie. No idź.
- Dzięki! – wykrzyknęła granato włosa. – Upatrzę też coś dla ciebie – mrugnęła okiem i wyszła z sali w której dzisiaj mieli spotkanie po rozpoczęciu roku. Siedziała na swoim miejscu i patrzyła się w okno. Nagle usłyszała huk. Odwróciła gwałtownie głowę. Mashima – sensei pocierał swoją nogę która najprawdopodobniej uderzyła i przesunęła całe biurko. Zlitowała się nad swoim nauczycielem i pomogła mu posprzątać papiery, które spadły. Natrafiła tam na swoją kartotekę. Zmroziło ją to co odczytała. Adnotacja od komisji: Nieprzeciętnie uzdolniona. Szkolić. Obserwować. O wszystkim wykraczającym poza normy, jak to co obiekt zrobił na przedstawieniu, informować. Ona… To ten obiekt. Ma ją obserwować. Może już to robi albo robią. Spojrzała się w dół. Nie zauważył, że to przeczytała. Szybko upchnęła kartkę w środek stosu który uzbierała. W końcu odważyła się spytać.
- Dlaczego mnie pan chciał widzieć sensei?
- Hm jak by to ująć? To co zrobiłaś na pokazie dało mi do zrozumienie, ze nie jesteś zwykłą Autorką. Trzeba cię chronić. Czarny kot, który dzisiaj chodził po podwórzu to twój Coś, prawda? – popatrzył na nią. Znał odpowiedzieć, więc tylko pokiwała głową. – Tak więc – kontynuował – jak na razie nic z tym nie zrobimy – popatrzyła na niego jak na wariata. Jego przełożeni każą mu ją obserwować, a on ma na to kompletną zlewkę? Coś tu nie pasowało.
- Co mam robić?
- Udawać normalną. W sensie normalną Autorkę. Bez jakiś wyskoków. Mam pewien plan by trochę zatuszować twoje nieprzeciętne wyniki – uśmiechnął się do niej chytrze.
- Dlaczego mam panu ufać?
- Dziecko, zadajesz za dużo pytań. Jak na razie może ci wystarczyć to – podał jej zdjęcie. Stał tam i obejmował jej mamę.  – Możesz je sobie wziąć. I tak już się wystarczająco na nie napatrzyłem.
Kiedy ponownie spojrzała w górę jego już nie było. Schowała fotografię do torebki. Czas trochę się od stresować – stwierdziła i poszła na salę gimnastyczną gdzie czekała na nią jej nowa przyjaciółka. 
_______________________________________________________________
No więc po 3 miesiącach ( norma) jest 2 rozdział. Nie jest chyba za nudny, trochę się tutaj dzieje. Generalnie miał wyglądać zupełnie inaczej. To co miało być na końcu wylądowało na początku, dodałam nową postać chociaż nadal nie wiem co z nią zrobię. Do tego mały prezent: 



Jeszcze nie pełna mapa terytorium całego kontynentu na którym będzie się działa akcja NH. Nie musicie zwracać na nazwy typu Mordor albo coś, bo po prostu trochę pozmieniałam mapkę z Władcy Pierścieni. Ale cii, jest ok. Tak w miarę. Kiedy akcja się trochę rozwinie będę ją aktualizowała. jak na razie możecie główkować nad miastami. A jeszcze legenda:
  • duża czerwona kropka to stolice
  • średnia czarna kropka to miasta gdzie będzie rozgrywała się niedługo akcja
  • długie niebieskie to rzeki to chyba każdy wie
  • duże niebieskie plamy to jeziora to chyba każdy też wie
  • morze jest w lewym dolnym rogu
  • czerwona pozioma kropka to Arsenał ( na wschód od Azberium) jeszcze o nim będzie mowa :D
  • jakoś tak widać góry i lasy
  • nazwy państw podam później
Nie mam zielonego pojęcia jak to będzie z następnym rozdziałem. Komentarze na pewno mnie zmotywują :). To co mam w głowie kompletnie nie trzyma się ze sobą w całości, więc najpierw muszę to sama uporządkować. Tekst który został użyty to kawałek piosenki Indili S.O.S zmieniony na wersje męską i trochę skróconą.

Arjana
P.s Nie wiem dlaczego jest tło w jednym momencie. Nie mogę go usunąć :(. Ale zmieniłam kolor by tekst był widoczny.