Historia która na prawdę nie mogła się wydarzyć, a może jednak to prawda? Opowiadanie które śledzi losy Anabeth - trzynastolatki z dość nietypową cechą mianowicie wszystko co Anabeth wymyśli i nie jest kopią pojawia się. Np. gadający kot Nereus który pomaga jej zrozumieć nowy świat w którym się znalazła. Świat Autorów.

Informacje

Kopiowanie treści i obrazków jest surowo zabronione!

UWAGA!!! Zero weny i chęci... Nie wiem kiedy wrócą.
Nie wiem kiedy ruszę z nowym blogiem i starą/nową historią...

Rozdział
7: 25%

POPRAWIONE FABULARNIE: 3/8
POPRAWIONE JĘZYKOWO: 0/8

One Shot Miłość nie jedno ma imię - zostanie podzielony na rozdziały od 1-3 możliwie 4.
rozdział 2 0%
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szkoła. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szkoła. Pokaż wszystkie posty

9 lutego 2016

Rozdział 6



Rozdział 6 Wątpiąc, dochodzimy do prawdy.


Diaval okręcił się na pięcie i odszedł, zupełnie ignorując wołającą o pomoc Anabeth. Ścieżkę zasłaniała mu przydługa grzywka. On jednak znał drogę na pamięć. Podleciała do niego jedna z wróżek. Stworzonko zaczęło wymachiwać rękami i pokazywać na niego, a także groziło mu pięścią. Chłopak machnął ręką, jakby odgarniał złośliwego komara. Wiedział doskonale co miała na myśli. Nie miał jednak innego wyboru. Przystanął i popatrzył za siebie.

- Nie było innego wyjścia – powiedział, do siebie albo do lecącej za nim wróżki, po czym zniknął. Stworzonko poddało się i wróciło do swoich przyjaciółek. Tafla wody w końcu się uspokoiła. Anabeth zniknęła.

***

W tym samym momencie, kiedy piraci odzyskali wolność, Diaval skończył pisać wykańczający sprawdzian z języka polskiego. Zadzwonił dzwonek, a on z resztą klasy ruszył do wyjścia. Za progiem czekała na niego niewysoka, czerwono-włosa dziewczyna. Jego dziewczyna. A raczej była. Dla dobra misji zerwał z nią. Zresztą i tak był z nią tylko dlatego, że jej status społeczny odpowiadał jego statusowi. Innymi słowy znalazł dziewczynę ze swojej, wyższej, ligi. Tak właściwie nawet nie mieli wspólnych tematów. Westchnął i spojrzał na nią lodowatym wzrokiem. Patrzyła na niego trochę wyzywająco, ale w głębi oczu widać było zmartwienie. Nawet nie złość. Ręce miała przyłożone do piersi. Cienie pod oczami wskazywały, że zarwała noc, a ślady łez na policzkach mówiły mu jak tą noc spędziła.  Jak on nie cierpiał zrywać z dziewczynami… Zawsze były cyrki. Tak jak teraz.

- Tin mówiłem ci, żebyś mnie zostawiła w spokoju. Zerwaliśmy, nie pamiętasz? – oparł głowę o ścianę i uśmiechnął się do niej pokrzepiająco. Czerwono-włosa spuściła wzrok. Schował rękę do kieszeni i mimowolnie odpłynął myślami do Anabeth.

- Ty nic nie rozumiesz… - zaczęła chlipać – ja nie mogę cię stracić! Jesteś dla mnie ważny, nawet bardzo!

- To tylko puste słowa – powiedział, a uśmieszek zniknął z jego twarzy. Powoli zaczynała go już irytować.

- Nieprawda! – płakała już otwarcie i patrzyła na niego wielkimi, smutnymi oczami. Cała się trzęsła. Wyglądała okropnie w rozmazanym makijażu, nieułożonych włosach i niedobranych ubraniach. Jak on w ogóle mógł na nią zwrócić uwagę. Skrzywił się na wspomnienie ich pierwszego pocałunku.

- Tin. Przestań. Z tego i tak by nic nie wyszło. Znajdź sobie kogoś innego, dobrze ci radzę. I więcej nie wchodź mi w drogę – po ostatnim zdaniu wyminął ją i poszedł w tylko sobie znanym kierunku.

***

Jane Ross szła w zamyśleniu przez szkolny korytarz. Zastanawiała się gdzie jest Ana skoro nie przyszła znowu do szkoły i jaki udział w jej zniknięciu miał Diaval. Jane nie była głupią dziewczyną. Co to, to nie. Mieli już odjeżdżać i brakowało tylko Anabeth i Diavala. Po kilku minutach wrócił tylko blondyn. Mashimie dał kartkę, że niby Ana została u cioci w Kaprio. Przecież to już było podejrzane! Ale nauczyciel tylko westchnął, dał reprymendę uczniom by tak więcej nie robili jak ich koleżanka i wsiadł do autokaru.

Weszła do stołówki, a tam powitał ją jak zwykle dziwny zapach obiadu i okrzyki niezdyscyplinowanej młodzieży. Z bufetu wzięła najmniej dziwne jedzenie i poszła w stronę jej ulubionego stolika pod oknem. Kiedy szła, ktoś – najpewniej jeden ze szkolnych drani, takich jak Loki – podstawił jej nogę. Zachwiała się i jej spaghetti wylądowało na blond lowelasie i w jego pomidorowej.

- Sorki – powiedział szybko, zasłaniając się pustą tacą – to nie moja wina! Ktoś podstawił mi nogę. Przynajmniej masz więcej makaronu w zupie – wskazała na jego talerz. Chłopak wybuchnął gromkim śmiechem. Trzeba było przyznać, że nawet w sosie bolognese było mu do twarzy. Jane o czym ty myślisz! – skarciła się w myślach. Popatrzył na nią, tak jakby ją  oceniał. Nie spodobało jej się to i już miała się chłodno pożegnać, kiedy usłyszała jego cichy, ale stanowczy głos.

- Usiądź. Porozmawiajmy chwilę – gestem wskazał jej miejsce naprzeciwko siebie. O dziwo, mimo, że był jednym z najpopularniejszym chłopaków w szkole zawsze jadał sam.

- Jak chcesz – wzruszyła ramionami i usiadła. – Ale nie myśl, że na mnie działa ten twój piekielny urok – satysfakcje miała wymalowaną na twarzy.

- Spokojnie – uniósł ręcę w obronnym geście. – Chciałem porozmawiać na temat klubu.

- E?

- Niedługo będą drzwi otwarte i każdy klub ma się zaprezentować rodzicom i takie tam…

- Z tym to nie do mnie, panie kolego!

- Diaval – podał jej rękę. Niechętnie wymieniła uprzejmości i od razu schowała rękę, pod stół. – A właśnie do ciebie. Jak ci to wytłumaczyć? – podrapał się w głowę. Udawał głupka. Jane od razu to zauważyła.

- Prosto i z mostu. Jak to ucznia pierwszej klasy podstawówki.

- Mashima kazał mi, znaleźć ciebie, żebyśmy wspólnie zajęli się programem artystycznym kółka

 - powiedział na jednym wdechu.

- To na serio nie do mnie – powiedziała z powagą. – Serio, takimi rzeczami interesuje się Anabeth…

- Jak widzisz nie ma jej dzisiaj – przerwał granato - włosej, co lekko ją zirytowało.

- A czyja to wina? – popatrzyła na niego. Czy ona coś wie? – zastanowił się, ale szybko przybrał pozę niegrzecznego chłopca. Popatrzył na nią z pod przymrużonych powiek. Podparł głowę na ręce.  Innej dziewczynie na ten widok pewnie zmiękły by nogi. I ręce. I w ogóle byłaby jak z galarety. Na Jane jednak nie robiło to wrażenia. – Nie wysilaj się tak. Mam starszego brata. Doskonale znam te wasze męskie zagrywki do dziewczyn – prychnęła, a potem przybliżyła się do niego. – Przejrzę wszystkie twoje sztuczki i dowiem się prawdy Diaval.

- Proszę bardzo. Nie mogę się doczekać – powiedział i posłał jej figlarny uśmiech. Zebrał swoje rzeczy, bo uznał rozmowę za zakończoną. Na odchodne powiedział – I tak musimy zrobić ten projekt. Razem. Czy ci się to podoba czy nie –patrzył na jej twarz, bez żadnych emocji. Odszedł od stołu. Po chwili jednak usłyszał uderzenie w stół i ciche przekleństwo. Uśmiechnął się pod nosem. Kiedy wychodził z sali, dostał sms - a. Wiadomość sprawiła, że ciarki przeszły mu po plecach. Udał się do wyjścia ze szkoły. Jane, która właśnie wychodziła ze stołówki zauważyła go. Podjęła szybką decyzję i ruszyła za nim.

***

Szła za Diavalem już dobrą godzinę. Miała nadzieje, że jednak jej nie zauważył. Starała się być bardzo cicho. Co dla niej, osoby, której buzia nigdy się nie zamykała, było bardzo trudne. W końcu po długiej wędrówce przez mroczny las – „Serio Diaval nie mogłeś na kryjówkę złoczyńcy wybrać fabryki czekolady???!” – Jane zauważyła w oddali polanę. Blondyn już na nią wchodził.

I zniknął.

Granato-włosa przystanęła w pół kroku z rozdziawioną buzią i wielkimi oczami. Nie zważała, że może ja usłyszeć ktoś jeszcze – „ Chociaż kto o zdrowych zmysłach byłby jeszcze na radosnym spacerku w tym przerażającym lesie” – podbiegła do granicy lasu. Jeden krok i weszłaby na oświetloną łąkę. Nic więcej. Więc, gdzie był Diaval? Wyciągnęła rękę przed siebie. Zniknęła aż po łokieć. Cofnęła się szybko, prawie się przewracając. Znowu dzisiejszego dnia. Instynkt – a ona zawsze polegała na nim jak i na sercu i intuicji, a rozum zostawiała gdzieś z tyłu – podpowiadał jej, że tajemnica zniknięcia jej przyjaciółki czai się właśnie za tym niewidzialnym czymś. Podeszła do skraju lasu. Rozejrzała się, wzięła głęboki oddech i zrobiła krok do przodu. 
Czuła się tak jakby przeszłą przez bańkę mydlaną. Otworzyła oczy. Na polanie
stał domek z ogródkiem i studnią. Jane przechyliła głowę ze zdziwienia, ale wzruszyła ramionami podeszła do okna.  W środku chatka wyglądała zupełnie inaczej – jak mały szpital. Wszędzie kable, maszyny monitorujące funkcje życiowe i inne parametry. A wszystko było podłączone do jednej osoby.

 Anabeth.

Jane krzyknęła na jej widok. Zaraz jednak skarciła się w myślach, ponieważ  nie wiedziała czy ktoś jej nie usłyszał. Na pewno usłyszał. Po mamie miała ten operowy sopran. Niestety! Zaczęła powoli wycofywać się z pod okna. Nagle ktoś złapał ją za ramiona i obrócił w swoją stronę.

- Jane! – wykrzyknął Nereus.

- Nereus! – wykrzyknęła i ona. Nic już nie rozumiała. – Co tu się dzieje!? Co jest z Aną??? Czemu jest tutaj, a nie w jakimś szpitalu skoro coś jej się stało.

- Jane uspokój się. Wszystko ci wyjaśnimy – powiedział Diaval, stojący w progu drzwi. Dziewczyna osłupiała widząc lowelasa w białym kitlu. – To wszystko dla dobra Anabeth.

- Ta jasne. I mam ci uwierzyć? – powiedział Jane i prychnęła. Wyswobodziła się z uścisku Nereusa i poszła do środka. Diaval  grzecznie ją przepuścił. Rozejrzała się. Parter domku zajmował mały aneks kuchenny, szafka na buty , lustro i szafa na kurtki. Z drugiej strony był cały sprzęt i wielkie łóżko w którym spała Anabeth. Wyglądała przynajmniej jakby spała. Coś i Autor weszli do środka za nią.

- Tylko nie ubłoć, proszę. Sprzątałem cały dzień – powiedział Nereus na co Jane przewróciła oczami. Podeszła do przyjaciółki i wzięła ją za rękę.

- Zimna. Jak zawsze – westchnęła. Spojrzała zmartwionym wzrokiem na pozostałą dwójkę. – Liczę na szczegółowe wyjaśnienia.

- To może kakao? – powiedział uśmiechnięty Nereus jakby przyszła w odwiedziny na herbatkę. A tak naprawdę przeszła tą całą drogę, by odnaleźć Anabeth całą i zdrową, a nie przypiętą do jakiś pikadeł i kabli. Podeszła do niego i zmierzyła go wzrokiem, tak wściekłym, że Coś głośno przełknął ślinę. Zaraz jednak odzyskał opanowanie. – Siadaj Jane – powiedział naturalnym, swobodnym tonem. Zrobiła jak kazał. Założyła nogę na nogę, jak miała w zwyczaju. – Diaval może ty opowiesz… Ja nie mam już na to siły – po raz pierwszy odkąd tu przyszła zauważyła u Nereusa strach i zmartwienie.

- Ok – blondyn usiadł na podłodze przed Jane w siadzie skrzyżnym. – Przygotuj się, bo to trochę dłuższa opowieść.

- Czy w takim wypadku nie można powiedzieć, żebyś się streszczał?

- Niezbyt. Gdybym się streścił to nic byś nie zrozumiała – zaśmiał się głucho i podrapał w tył głowy. Zdecydowanie nie wiedział jak zacząć. Westchnęła.

- Nereus! To ja jednak poproszę to kakao!
__________________________________________________________________________________
Mam nadzieje, że nie zanudzi się ten kto to czyta, jeśli ktoś to czyta...  Znalazłam bete - osobę od sprawdzania błędów jakby ktoś nie wiedział. Niestety jeszcze mi nie pomaga. Więc rozdział może być z błędami, długimi zdaniami itp. 
W tym rozdziale postanowiłam skupić się trochę na  tajemniczym i mrocznym Diavalu i gadatliwej, ale dbającej ponad wszystko o swoich przyjaciół Jane. Jednym słowem - rozwinęłam wątki poboczne. No i wystąpił kochany czarny kot!  
Co się dzieje z Aną? Jaki w tym udział ma Diaval? A jaki Nereus?
O co w tym wszystkim chodzi? 
Na te pytania i inne, które Wam się nasuną ( śmiało możecie je wpisywać w komentarzach) postaram się dać odpowiedzi w nadchodzących rozdziałach. Nie wiem, kiedy będzie 7 rozdział. Zresztą jak zawsze :). 
Arjana

31 sierpnia 2015

Rozdział 5

 Rozdział 5 
" Dopóki człowiek żyje powinien spodziewać się wszystkiego"



Anabeth powoli dostawała choroby morskiej i lokomocyjnej w jednym. Nie wiedziała ile dni tu już była. Zdążyła zaprzyjaźnić się z myszą, sprawdzić wszystkie potencjalne drogi ucieczki ze sto razy, a także uszyć sobie bardziej praktyczny strój. Od paru dni (chyba) przychodził do niej kapitan i po prostu siedział naprzeciwko jej. Nic nie mówił. Po dziesiątej milczącej wizycie nie wytrzymała.
- Ogarnij się człowieku! Po co tutaj w ogóle przychodzisz?
- Po nic. Nudzi mi się.
- Serio… - Anabeth się załamała. – Dokąd płyniemy?
- Do portu.
- A gdzie to?
- Na lądzie.
- Gdzie dokładniej? – naciskała. Dajmon westchnął.
- Do portu szkoły pirackiej w mieście Mogo.
- Acha, miasto Mogo. Po co tam płyniemy? – drążyła dalej. Chłopak przewrócił oczami.
- Wiesz jesteś strasznie upierdliwa.
- A ty chamski. I co oboje z tego mamy? Nic.
- No wiesz. Wcale nie jestem chamski – obruszył się.
- Ach tak! – wstała i wskazała na niego palcem. – Jeśli nie jesteś chamski to zaraz mnie przeprosisz, dasz mi pokój, normalne jedzenie i tabletki na tą głupią chorobę morską! – odpowiedział jej tylko jego śmiech.
- Ty na serio myślisz, że jesteś jakaś niezwykła. Że powinno się ciebie traktować ulgowo i na specjalnych warunkach?
- Niespecjalnie skoro jestem więźniem i w ogóle – odpowiedziała od razu i bez zastanowienia.
- Właśnie.
- Ale pokój to bym mogła dostać?
- Masz ci los jaki mi się trafił pierwszy więzień. Nic tylko marudzi – Dajmon załamał ręce.
- Skoro uważasz, że tylko marudzę to nie będę już nic mówiła – powiedziała. Usiadła na skrzynce i patrzyła się cały czas na niego z wyrzutem. Dopiero teraz zauważyła, że jego włosy są niesforne i często je przeczesuje palcami. Kiedy nic nie mówił, strzelał oczami na boki. Był zdenerwowany.
- Coś ci chodzi po głowie i nie daje spokoju, prawda? – orzekła i podparła głowę na ręce.
- A jeśli tak, to co? – zapytał. Spojrzał na nią w inny sposób. Oczekiwał jej odpowiedzi. Na jej twarzy pojawił się ledwo zauważalny uśmiech.
- Mów. Wyrzuć to z siebie – powiedziała po chwili. – I tak nie mam nic lepszego do roboty.
- No dobra – oparł ręce na kolanach i wziął głęboki wdech. Patrzył się cały czas na podłogę. – Po raz pierwszy wypłynąłem z moją załogą w prawdziwy piracki rejs. Do tej pory mieliśmy tylko ćwiczenia. Bo wiesz, chodzę do szkoły pirackiej właśnie w Mogo – zatrzymał się na chwilę. – Są jeszcze inne drużyny. Najlepsze są Amazonki. Prawie jesteśmy tak dobrzy jak one. Żeby wygrać szkolne zawody, musimy jak najszybciej dopłynąć do miasta. Nie byliśmy tam od – zamyślił się – czterech miesięcy. Teraz jest ostatnia prosta, a statek Amazonek został daleko w tyle. Możemy wygrać – ostatnie słowa powiedział z mocą. Jakby chciał tym sprawić, że jego marzenie w końcu się ziści.
- Ale o coś się boisz? – zagadnęła. Popatrzył na nią i kontynuował.
- Amazonki zawsze mają jakiegoś asa w rękawie. Zazwyczaj bardzo skutecznego.
- Są przebiegłe?
- I to bardzo. Jeśli jest tak mało czasu do portu jak teraz i dwa statki płyną jednocześnie to musi rozegrać się między nimi bitwa. Taka na serio.
- Znaczy, że one mogą… - domyśliła się o co się boi. Zakryła usta ręką.
- Tak mogą zabijać. Zresztą my też możemy.
- A więźniów?
- Nie więźniów nie zabijamy – powiedział. Odetchnęła z ulgą. – Tylko torturujemy – dopowiedział. Zaśmiał się, bo była przerażona. Tą „ miłą” rozmowę przerwało im pukanie do drzwi. Do składziku ( jak zwał tak zwał) wszedł wysoki, muskularny mężczyzna.
- Kapitanie musimy się pośpieszyć! West zauważył statek Amazonek! – Dajmon poderwał się na równe nogi.
- Wybacz, ale musimy kończyć nasze pogaduchy. Nie odpowiadam za turbulencje.
- Chwila! Jakie turbulencje?! – krzyknęła, ale nikt jej nie odpowiedział. Znowu została sama.
***
Słyszała krzyki i wystrzały armat. Piszczała z przerażenia. Nagle wydało jej się, że duża grupa ludzi schodzi pod pokład. „Może piraci kapitulowali? – myślała – Może Amazonki ich pokonały i mnie uwolnią?”. Ktoś mówił coś do swojej załogi. I nie był to głos Dajmona. Anabeth schowała się za skrzyniami. Strach wygrał ze zdrowym rozsądkiem. Zauważyła kałuże, która ciągle się powiększała. Tonęli. Do kantorka wtargnęły dziwnie ubrane dziewczyny. „ Co zrobią jak mnie znajdą – myślała – Uratują, zabiją…”. Wyjrzała zza wielkiej skrzyni, która pachniała rybami. Niektóre z Amazonek pozostały przy drzwiach, gotowe w każdej chwili pobiec na górny pokład. Z dwie lub trzy przeszukiwały większe torby i pudła. Ana wstrzymała oddech i wcisnęła się jak najbardziej w dziurę pomiędzy ścianą, a skrzynią. Czuła jak jej ubranie moknie. Widziała cienie przesuwające się niebezpiecznie blisko niej. Usłyszała kogoś jakby z oddali.
- Dziewczyny! – zawołał piskliwy głos. – Jesteście potrzebne na głównym pokładzie! Nie wiadomo jak, ale te pirackie ciamajdy uwolniły się… Kapitan karze wszystkim zostawić to co teraz robią. Już!
Anabeth odetchnęła z ulgą. Słyszała jak wszystkie piratki pędzą by wspomóc swoją kapitan. Przesunęła rękę i natrafiła na dziurę. Sięgnęła w głąb niej. Poczuła coś opuszkami palców. Było gładkie i zimne. Wyciągnęła się jeszcze bardziej. Okazało się, że była to butelka. Była brudna od szmalu. Coś się w niej znajdowało. Ana odkorkowała ją. Na jej kolana wypadła zrulowana kartka. Otworzyła ją, mając przy tym dziwne przeczucie. Było napisane tam tylko jedno słowo. WALCZ. Ktoś jednak wiedział, że tu jest! Mógł ją uratować. Oczekiwał od niej tylko jednego –walki. Z kim? Z Amazonkami. Wzięła głęboki oddech. Jak najciszej wyszła zza pudeł. Podłoga zatrzeszczała. Mruknęła coś pod nosem. Zdecydowała, że zdejmie buty. Włożyła je do skrzyni. Trochę tego żałowała, bo na pewno przejdą zapachem ryb, ale już trudno…
Na paluszkach podeszła do drzwi. Uśmiechnęła się. Były lekko uchylone. Wyjrzała. Kiedy nikogo nie zauważyła, po kilku głębszych oddechach, wyszła po raz pierwszy od kilku dni z tego pokoju. Światło na korytarzu było jaśniejsze. Statek miarowo się unosił. Zaczęła szukać składu amunicji. Nie mógł być na najniższym pokładzie, ponieważ proch mógł zwilgotnieć. Ona była na drugim od góry. Znaczy, że była na właściwym piętrze albo musiała pójść o jedno wyżej. Biegła. Co chwila sprawdzała kolejne pokoje. Szukała na kolejnym pokładzie. Minęłaby jeden korytarz, ale wydał jej się dziwny. Pomieszczenie za drzwiami musiało być duże. Otworzyła drzwi i zaczęła po cichu skakać z radości.
- Teraz tylko… Co tu wybrać? – podeszła najpierw do stojaka z bronią palną. Duże strzelby, pistolety… więcej nie rozróżniała. Znalazła proch. W duchu podziękowała dziadkowi, że nauczył ją załadowywać broń. Za prowizoryczny pasek zabrała także noże, a do kieszeni kilka cuchnących kulek.  Miała nadzieje, że okażą się bombami. Zebrała włosy. Obcięła nogawki spodni, a z materiału zrobiła chustkę i zawiązała ją na szyi. Kiedy już była gotowa stanęła przed drzwiami. Do tej pory miała wyznaczony cel, ale teraz…
- Co ja sobie myślałam? – zapytała samą siebie. – Ja jestem jedna. Ich jest więcej niż tuzin. Na serio… Przecież one pokonały chłopaków… - westchnęła. – Co ja mam zrobić? Jak je pokonać? – załamała się. Wpadła na pomysł. – Co by zrobił Nereus?... Oczywiście zaatakowałby je z zaskoczenia! Tylko, że ja nie umiem walczyć… Ale na tym statku jest ktoś kto potrafi! - po chwili miała już obmyślony plan.
***
 Najciszej jak mogła podeszła do schodów. Wspięła się kilka stopni. Na wyciągnięcie ręki miała otwór i podłogę na wyższym pokładzie. Spojrzała uważnie, ale nikogo nie zauważyła przy wejściu. Odetchnęła z ulgą. Poczuła jak jej dłonie drżą ze zdenerwowania.
- Zdecydowałaś się na to, więc teraz nie ma odwrotu – powiedziała do siebie. Zdecydowanym ruchem wyciągnęła „bombę” z kieszeni. Nogi się pod nią ugięły. Potrząsnęła głową jakby to miało oczyścić jej umysł. Delikatnie położyła przedmiot na podłodze. Nacisnęła czerwony przycisk i puściła ją przez korytarz. Dźwięk toczącej się kuli sprowadził dwie strażniczki.
- Co do… - powiedziała jedna o kruczoczarnych włosach i bliznach na twarzy. Od początku, kiedy tylko została puszczona, bomba wypuszczała ze środka strużkę odurzającej pary. Lecz, kiedy piratki wpadły na nią wystrzeliła ogromny strumień dymu. Wprost w twarze dziewczyn. Obie z mętnym wzrokiem, pokołysały się chwilę i padły na ziemie. Przed buty Anabeth, której twarz była za szmatką. Zakładniczka zaciągnęła śpiące królewny do kajuty i zaryglowała drzwi.
- Słodkich snów – powiedziała na odchodnym, w ręku trzymając kolejne bomby dymne. Kiedy tylko słyszała jakiś hałas, w korytarzu lub kajucie przystawała i wrzucała metalowe kule. Los chyba chciał, żeby uwolniła tych co ją porwali, ponieważ bez przeszkód dotarła do głównego pokładu. Wyjrzała przez okno. Klatka z załogą pilnowana była przez cztery strażniczki. Czerwonowłosą, złotowłosą, fioletowłosą i granatowłosą. Wszystkie były lekko znudzone swoim zadaniem. Czasem któraś ziewnęła. Anabeth postanowiła to wykorzystać. Jakiś chłopak w więzieniu zajął je niezbyt miłą rozmową. Kiedy się odwróciły, Anabeth czmychnęła za drewnianą balustradę. „ No dobra – pomyślała. – Teraz tylko to rzucę tam i uwolnię chłopaków. Tylko, która z nich ma klucz??? – pisnęła w głowie. Zaczęła szperać w kieszeniach. Znalazła wcześniej przyszykowany kamień. Słyszała nadal podniesione głosy. Postawiła wszystko na jedną kartę. Rzuciła. Kamień odbił się od beczki i wyleciał na niższy pokład. Zrobiła nie małe zamieszanie. Tak jak planowała.
- Wy dwie – usłyszała – idźcie to sprawdzić – rozkazała jedna z wojowniczek. Anabeth zastanawiała się, która dwójka poszła. Dla bezpieczeństwa, postanowiła zrobić bałagan w jeszcze jednym miejscu. Załadowała pistolet i zrobiła najgłupszą rzecz na świecie… Przeturlała się na prawą stronę balustrady. Na szczęście, nie wydała żadnych głośniejszych dźwięków. Więźniowie bowiem znowu kłócili się ze strażniczkami. „ Po tej akcji na pewno będę musiała sobie zmierzyć ciśnienie” – pomyślała w pośpiechu. Wycelowała w  ścianę balkonu naprzeciwko.
- Cel, pal – wyszeptała do siebie. Huk wystrzału trochę ją ogłuszył, ale była zadowolona z efektu. Już go nawet słyszała.
- Idę sprawdzić co tam się stało – powiedziała ta sama dziewczyna, która wcześniej wydała rozkazy. – Pilnuj się.
Anabeth uśmiechnęła się pod nosem. Kiedy jedna z nich powiedziała „pilnuj się” do drugiej było dla niej jasne, że ta, która zostaje przy klatce ma przy sobie klucz. Modliła się teraz tylko o to, by starczyło jej czasu oraz szczęścia. Powoli i najciszej jak tylko mogła podeszła do złotowłosej, która była odwrócona do niej tyłem. Nagle dziewczyna odwróciła się. Lecz Anabeth była szybsza i piratka miała teraz sztylet przy gardle.
- Bądź cicho – ostrzegła ją. Rozwiązała swoją chustkę i podała ją dziewczynie. – Wiesz do czego służy knebel, prawda?- zapytała z błyskiem w oku. Tamta, wyraźnie bardziej ceniąca swoje życie niż prace, pokiwała głową. Ana poprowadziła ją na drugi koniec statku. – Stań do mnie tyłem – poprosiła. Po chwili uderzyła ją rękojeścią w tył głowy. Złotowłosa osunęła się na ziemie. – Wiem, że zrobiłam to nie humanitarnie i mam nadzieje, że szybko wydobrzejesz, ale na razie… - mówiła do niej, kiedy ją przeszukiwała i zamykała w kajucie kapitana – musisz trochę pospać. Na razie!
Podeszła do klatki. „ Jak im się udało tutaj to przynieść? A zresztą. Ważne żeby uwolnić Dajmona!” Jak postanowiła tak zrobiła. Podeszła do drzwi.
- Puk puk – zapukała.
- Kto tam? – usłyszała głos Flina.
- Hipopotam.
- Hipcio? – chłopak zabrzmiał jak mała dziewczynka.
- Nie głupku. To ja. Anabeth. – powiedziała i pokazała się w okienku.
- Anabeth? -  powiedział Flinn i zaraz został odsunięty od kraty przez swojego kapitana.
- Masz klucz!? – zapytał zdenerwowany Dajmon.
- No wiesz – ofuknęła go. – Uwolniłam się sama, przyniosłam wam broń, załatwiłam strażniczki, a ty masz czelność pytać się jeszcze o klucz?!  Nie, wiesz, nie mam. Uwolnię cię wsuwką – patrzył na nią jak na idiotkę. Po prostu uchodziły z niej emocje ostatnich trzydziestu minut. – Mam. Oczywiście, że mam.
- No to otwieraj! – krzyknął, trochę za głośno, Flinn.
- Już spokojnie! Nie gorączkuj się tak!
- Dziewczyny no dalej! Ktoś jest przy klatce! – usłyszała Anabeth. Wojowniczki były już blisko. Jeszcze tylko chwile…
- Otwarte! – wykrzyknęły w jednym momencie. Anabeth i kapitan Amazonek – Lorina Lit. Drzwi otworzyły się. Zgraja głodnych zemsty piratów ruszyła na dziewczyny. Ana zdążyła jeszcze niektórym dać pistolety i granaty. Spostrzegła, ze w krótkim czasie zacięta bitwa przeniosła się na cały statek. Nagle jakby spod ziemi wyrosła Lorina. Jej czerwone oczy łypały na nią groźnie. Wymierzyła pistolet w twarz Anabeth.
- Ty! Byłam przygotowana na zasadzkę, sztorm, ba nawet na mieliznę… Żeby pokonał mnie ktoś taki jak ty! – wysyczała. Autorka przełknęła głośno ślinę.
- To nie na niej powinnaś wyładować swoją złość i gorycz, tylko na mnie Lorino.
- Zamknij się Dajmon – powiedziała i wymierzyła w niego drugim pistoletem.
- Hej, ludzie to nie musi się tak skończyć – powiedziała Anabeth i uniosła ręce w obronnym geście. Pani kapitan była przygotowana do strzału…
- Padnij! – usłyszała głos Dajmona. Jak kazał tak zrobiła i teraz na czworakach uciekała. Obejrzała się. Kapitanowie walczyli ze sobą. Tylko oni. Co zdziwiło Anabeth.
- No już podnieś się – powiedział do niej Flinn i pomógł jej wstać. Popatrzyła na niego zdziwiona. Dziewczyny i chłopacy stali koło siebie i nie walczyli ze sobą.
-Eee – wydała tylko z siebie Anabeth i popatrzyła pytająco na pirata.
- Jakaś ty nierozgarnięta… Kiedy kapitanowie walczą, załoga ma obowiązek się temu dobrze przypatrzeć. Nie musi walczyć. Jeśli Lorina wygra – przegramy.
- Ale jeśli to Dajmon wygra… Zwyciężycie! – wykrzyknęła Ana i zaczęła dopingować kapitana Krwawego Ognia. Reszta podchwyciła jej pomysł. Patrzyła jak unika ciosu i jak kontratakuje szablą. Może jej się wydawało, ale chyba posłał w jej stronę uśmiech. Poczuła, że się czerwieni. Walczący wyglądali jakby tańczyli. Czar prysł, kiedy Lorina skorzystała z nieuwagi Dajmona i skaleczyła go w nogę. Padł na ziemie, ale nadal się bronił.
- Widać Mogo! – krzyknął ktoś z dziobu. Nastąpił nagły zwrot akcji. Teraz to Dajmon, chociaż był ranny, miał przewagę. Skaleczył przeciwniczkę w rękę. Lorina wypuściła z dłoni miecz. Miała teraz koło szyi szable Dajmona. Jednak uśmiechnęła się przebiegle. Szybko przystawiła pistolet do brzucha chłopaka.
- Poddajesz się? – zapytał.
- Nie czujesz? – zapytała i docisnęła broń jeszcze bardziej do ciała. – To ja wygrałam!
- W sumie – Anabeth usłyszała głos za sobą. Odwróciła się i zobaczyła starego mężczyznę, który opierał się na lasce. Miał kapelusz piracki, a przy pasie złote pistolety.
- Profesorze! – krzyknęli Dajmon i Lorina.
- Dacie mi skończyć wy szczurki lądowe! – tym wybuchem przeraził nieco Anę. – W sumie jest remis.
- Remis! – krzyknęła pani kapitan.
- Tak, panno Lit – remis. W tym roku Amazonki podzielą się zwycięstwem z Krwawym Ogniem. Zrozumiano?!
- Ale, ale…
- Nic to – powiedział Dajmon i opuścił szable. – To była dobra walka Lori – wyciągnął do niej rękę.
- To nie byłą za grosz uczciwa walka! Gdyby nie ona – wskazała pistoletem na Autorkę – przegralibyście z kretesem! Nigdy więcej nie nazywaj mnie Lori!!!
- Lorino odłóż ten pistolet – poprosił grzecznie chłopak.
- Nie zamierzam – powiedziała i popatrzyła w oczy Anabeth. – Giń! – krzyknęła i nacisnęła spust. W ostatnim momencie Dajmon rzucił się na nią, a kula ledwo ominęła głowę Autorki. Anabeth osunęła się na ziemie. Była przerażona, zdezorientowana i jedyne czego chciała to wrócić do domu. Zaczęła cicho płakać.
- Hej – podszedł do niej Dajmon. Ukucnął żeby go widziała. – Rany, ale z ciebie beksa…
- Ty nie wiesz … przez co ja… przeszłam! – zakryła oczy.
- Spokojnie. Doskonale zdaje sobie sprawę z tego co dla nas zrobiłaś – podrapał się w tył głowy. – Chciałem ci podziękować.
- A… dostanę … pokój? – pociągnęła nosem.
- Może nawet z łazienką.
- Serio! – oczy jej się zaświeciły.
- Nie obiecuje. Ale zostaniesz sowicie wynagrodzona. Obiecuje – popatrzył na nią ciepło. Podał jej rękę i pomógł wstać. Anabeth przetarła oczy. – Tak na marginesie… Jak ci na imię?
- Lusija – powiedziała, chociaż chciała powiedzieć Anabeth.
-„ Od teraz grasz role Lusiji Parker. Córki sławnego hiszpańskiego kapitana. Musisz ochronić życie Lusiji” – usłyszała w swojej głowie głos Mashimy.
-„ Pan Mashima! Czemu cofnęłam się w czasie? Co ja tutaj robię?”
- „ Musisz sobie radzić sama. Pamiętaj musisz ocalić życie Lusiji.”
- „ Jak?”
- „Po prostu do pewnego momentu musisz być nią i tyle. Uważaj na siebie Anabeth.”
„ Muszę być nią?” – spojrzała na swoje dłonie były mniejsze niż zapamiętała. Do tego była niższa. I dopiero teraz zauważyła, że ma blond włosy.
- Co!!! – krzyknęła. Dajmon spojrzał się na nią. – Aaa nic, coś sobie tylko pomyślałam…
Dajmon poprowadził ją na schody. Stanęli, a Dajmon uniósł ich razem splecione dłonie i powiedział:
- Od teraz Lucija jest członkiem Krwawego Ognia!
- Co!!! – krzyknęli wszyscy, a najgłośniej chyba Ana.
- Chce ci podziękować, a także dać status pirata… To zapewni ci łazienkę – ostatnie zdanie powiedział jej na ucho.
- Serio!? – popatrzyła na niego. Kiwnął głową. – Dziękuje i oczywiście przyjmuje.
- Na trzy! – zawołał Dajmon. – Raz, dwa, trzy…
- Wiwat Lusija!!! – krzyknęła cała załoga. Anabeth zaczęła się śmiać. Może życie wśród tych ludzi, przez pewien czas nie będzie, aż takie złe?
- Dopływamy do Mogo! – krzyknął West. Teraz okrzyk radości był jeszcze większy. Spojrzała na Dajmona. Cieszył jak nigdy. Popatrzył na nią.
- A tak naprawdę – powiedział – to jak masz na imię?
- Lusija – powiedziała. – Naprawdę Lusija. Możesz mi mówić Lusi.
- Tak więc Lusi – podprowadził ją do burty. – Witaj w Mogo.
Port w mieście Mogo

 __________________________________________________________________________________
 Ta-dam! Oto 5 rozdział... Po jakim czasie... Teraz będzie jeszcze gorzej. Egzamin gimnazjalny w tym roku. Okropność. Nasz Ana ma dość pokręcone życie. Za przyjaciela ma kota, chłopak w którym się zabujała wrzucił ją do stawu na rybki dzięki czemu przeniosła się w czasie, trafia na piratów i musi udawać inną osobę. Do tego co się stało z Lusiją? I co dalej będzie pomiędzy Anabeth i Dajmonem? Czy Anabeth szybko powróci do swojego świata? Bo w sumie, czy to nie jest bajka... Którą musi uratować.
O nie! Za dużo zdradzam! To przez te upały. Co myślicie o tym szablonie ( różowym) i mam nadzieje, że teraz możecie już dodawać komentarze... Prawie 4 strony A4 napisałam w dwa dni - jestem z siebie dumna. Mam nadzieje, że ten rozdział się wam spodobał nie był ani za długi ( bo krótki też nie jest), nie było też w nim za dużo opisów ani też za dużo dialogów. Tylko jedynie akcja. 
Chciałam także podziękować za każdy komentarz z osobna. Bardzo, bardzo dziękuje!
I nie mam kompletnie pomysłu na rozdział 6, więc szybko się go nie spodziewajcie. 
Arjana 
P.s. A tak teraz wygląda Anabeth jako Lusija.
Zdjęcie Amazonek znajdziecie w Bohaterach w menu.

24 lutego 2015

Rozdział 3 Klub czytelniczych amatorów pieczenia babeczek bananowych

Rozdział 3 Klub czytelniczych amatorów pieczenia babeczek bananowych.

Dzień zapowiadał się ciepło i przyjemnie pomimo zbliżającej się wielkimi krokami zimy. Anabeth razem z Jane szły do szkoły. Granatowłosa jak zwykle nadawała szybkie tempo, więc w szkole były przed czasem. Po wyjściu z szatni każda poszła pod swoją klasę. Nagle z głośników dobiegł Anę głos jej wychowawcy:
- Anabeth Soretino, Jane Ross, Diaval Macabre, Patrycja Roto, Midori no Tsuta, Shun Kageyama, Loki Artemius, Alexandra i Alex Bon, Luca Morterius proszeni są do sali 207 po lekcjach. Obecność obowiązkowa! Inaczej dostaniecie naganę z plastyki i jeszcze czegoś jak uda mi się udobruchać tego potwora … znaczy najszanowniejszą panią dyrektor Marzenę…
- Mashima ty idioto!!!!  - cała szkoła zatrzęsła się w posadach. Pani dyrektor przejęła mikrofon. – Drodzy uczniowie jak pewnie wiecie nie kłamię więc muszę wam powiedzieć że pan profesor Mashima odbędzie ze mną długą i bardzo bolesną rozmowę. Dlatego zwalniam was z jego lekcji. Miłego dnia!
„ Biedny Mashima- sensei…” - pomyślała Anabeth. Spotkała się raz sam na sam z panią dyrektor i nie wspominała tego miło.  - „ Jest jeszcze gorszym potworem od swoich sekretarek!”
***
Od września najbliższą koleżanką Anabeth z pierwszej klasy była Midori, a z drugiej Jane. Spędzały ze sobą przerwy, umawiały na spotkania poza szkołą… Było tak jak gdyby znały się od zawsze. Klasa pierwsza zyskała już sławę na całą szkołę. Nauczyciele lubili mieć z nimi lekcje, a oni chętnie chłonęli ich wiedze. Nie było w tej klasie sprzeczek ani podziałów. Po prostu sielanka.
Anabeth nie pogodziła się z Nereusem. Nie umiała go przeprosić, nawet nie wiedziała jak i za co. Do tego on nie dawał jej ku temu sposobności. Znikał na całe dnie. Ale wracał. Wieczorem, zmęczony tajemnicą, którą musiał ukrywać przed swoją Autorką. To co robił pewnie nie spodobałoby się Anabeth. No trudno. Jest jej Cosiem i jego zadaniem jest obrona jej. Chodź pomysł Tej Osoby nie podobał mu się mógł sprawić, że Ana będzie na chwilę bezpieczna. Ona myślała, że jest. Tak naprawdę była ciągle obserwowana. W szkole była osoba odpowiedzialna za to by się jej pozbyć. Rada Autorów nie była przychylna istnieniu tak potężnego Autora. Dlatego nie mogła o niczym wiedzieć, a on musiał ją chronić. Nawet za cenę własnego życia.
***
- Kinboshi! – zawołała Midori. Szukała Anabeth już od dobrych 15 minut. Zauważyła ją w pewnej chwili przy sklepiku szkolnym. Przyśpieszyła. – Ja ciebie szukam od kilku godzin, a ty się obżerasz!
- Przepraszam… - zaczęła ze skuchą w głosie. – Nie chcesz może jednego lizaka? – zapytała z uśmiechem. – W ramach przeprosin.
- No niech ci będzie – Midori zabrała słodycz na patyku i ukryła za włosami swoją uśmiechniętą buzie. Z lizakiem w buzi powiedziała – Wiesz co lubię najbardziej!
- No jasne!
- Na śmierć zapomniałam –wykrzyknęła zielonowłosa kiedy szły  już razem korytarzem. – Za chwilę jest spotkanie z Mashimą, prawda?
- Noo… - widać było, że Anabeth jest w zupełnie innym świecie. Zapatrzona w swoje buty, przygryzała patyczek od lizaka i ledwo zdążała wymijać ludzi. Jej koleżanka tylko westchnęła. Brązowowłosa często tak odpływała. - Mówiłaś coś?
- Tak, że za chwilę mamy spotkanie.
- Aaa.
- Taaak.
- To już teraz?!
- Właściwie to już powinnyśmy kierować się pod salę – zastanowiła się Midori i pociągnęła za rękę Anabeth. Sala, a właściwie salka w której miało się odbyć spotkanie była trochę większa od kantorku woźnego. Stał tam drewniany stół i 12 krzeseł oraz mała szafka. Pomieszczenie było na strychu szkoły więc z okna, które zajmowało prawie całą tylnią ścianę rozpościerał się widok na plac i kawałek miasta. Ludzie którzy tam byli mogli zobaczyć wszystko. Natomiast ci którzy patrzyliby z zewnątrz nie dostrzegliby nic.
***
 Usiedli na wyznaczonych miejscach. Mashima usiadł na szczycie stołu. Po swojej prawej miał puste miejsce, a po stronie lewej siedziała Midori. Obok niej Anabeth i dalej Jane, Patrycja i Alexandra. Shun usiadł naprzeciwko Any, Loki miał przed sobą Jane, a Alex swoją siostrę. Anabeth przyglądała się osobom, których nie znała, a było ich całkiem sporo.
Patrycja – drobna dziewczyna o ciemnych włosach, płochliwym spojrzeniu i przyjaznej twarzy była z klasy I liceum. Alexandra – wysoka o przyciągających wzrok różowych włosach, posiadająca piękny uśmiech, modelka oraz dziewczyna z  wieloma tajemnicami. Również I liceum. Shun wydawał jej się być cichym, przyjaznym, a przede wszystkim zakochanym chłopakiem z I liceum. Miał lekko kręcone, ciemne włosy i bystre i brązowe oczy. Loki udawał władcę całego świata. Nogi położył na stole i przysypiał. Mimo iż jego żarty znać było w całej szkole Anabeth myślała, że nie ma on prawdziwych przyjaciół. Czerwone, długie włosy, niebieskie oczy i chytry uśmiech. Najgorszy uczeń całej szkoły należał do klasy III gimnazjum. I Alex człowiek zagadka. Wygląd nie zdradzał o nim nic. Wiedziała tylko, że jest o rok młodszy od swojej siostry i nie miał różowych włosów więc nie zwracał na siebie uwagi. Były jeszcze trzy puste miejsca. Dla kogo?
Bum! Drzwi do sali zostały otworzone kopniakiem. Wszyscy poderwali się z krzeseł. W blasku zachodzącego słońca do pomieszczenia wszedł Diaval.Za nim dreptał posłusznie Luca o czerwonych włosach z obojętnym wyrazem twarzy i rękami w kieszeniach. Anabeth momentalnie otworzyły się szerzej oczy. Usłyszała w głowie swój krzyk i jego śmiech chociaż nigdy jeszcze nie słyszała jego głosu. Była przerażona. Zdawało się, że patrzy się ciągle na nią. W jednym momencie zrobiło jej się duszno i pragnęła uciec jak najdalej.
- Dobrze, że zaszczycili nas panowie swoją obecnością – powiedział Mashima ukrywając za okularami chęć mordu w swoich oczach.
- Coś nam … wypadło – powiedział nieśpiesznie Diaval. Ana nie spuszczała z niego oczu. To jego widziała przecież w śnie, prawda? Teraz jednak… Kiedy usłyszała jego głos… Nie była pewna już niczego. Zdawało się, że przemawia wprost do jej serca. Nie mogła w to uwierzyć. Chyba zakochałam się od pierwszego wejrzenia! – pomyślała i z westchnieniem usiadła na krzesło. Blondyn usiadł naprzeciwko Patrycji, a jego „przyjaciel” ( prędzej chłopak na posyłki) miał przed sobą Midori. Mashima uspokoił się już i miał zaczynać mówić, ale przerwało mu wejście jeszcze jednej osoby.
- NEREUS! – wykrzyknęła jego Autorka.
- Dobry wszystkim – powiedział Coś i usiadł na ostatnim wolnym miejscu naprzeciwko nauczyciela. Podniósł wzrok i napotkał jej pytający wzrok. Uśmiechnął się półgębkiem. Jego oczy błyszczały jak nigdy. To miało znaczyć „ Zaraz się dowiesz”.
- Skoro jesteśmy już wszyscy możemy zaczynać. Proszę o uwagę młodzieży – zaczął Mashima. – Otwieram pierwsze spotkanie Klubu czytelniczych amatorów pieczenia babeczek bananowych! Oczekiwałem trochę większego entuzjazmu – powiedział po dłuższej chwili kiedy każdy patrzył na niego jak na wariata.
- Przepraszam psorze, ale jeśli będziemy piec albo czytać abo czytać o pieczeniu to ja spadam – teatralnie powiedziała Alexandra.
- Nie panno Bonn nic z tych rzeczy.
- To co będziemy robić skoro taki jest tytuł klubu? – spytała Midori. Odpowiedział jej szalony śmiech nauczyciela.
- To tylko przykrywka dla większego celu, większej idei – powiedział to z taką dumą, że ich zatkało i nie wiedzieli już w ogóle co mają o tym myśleć. – To będą zajęcia na których przeniesiemy się w czasie i przestrzeni. Do bajek! Będziemy je ratować. Trzeba wam wiedzieć, że są one zagrożone. Dlatego została wytypowana grupa z całej szkoły, która zajmie się mniejszymi misjami. Będziemy jeszcze doskonalić swoje umiejętności i inne tego typu rzeczy. Będzie ciężko, ale dacie sobie radę. Jesteście najlepsi z najlepszych! Jesteście elitą – zakończył swój monolog i w końcu na nich popatrzył. W jednym momencie wszyscy wstali powiedzieli Do widzenia! I chcieli wyjść. Ale drzwi zniknęły, tak samo jak ściany. Odwrócili się. Stał oparty stół i powiewała nad nim energia. W ręce trzymał kulę która wyglądała jak mała gwiazda. Zdali sobie sprawę, ze o czymś zapomnieli. Ich nauczyciel nie był zwykłym Mashimą. To był Mashima Autor! Mashima członek Rady Autorów! Wszyscy szybko wrócili na miejsca. Mężczyzna uspokoił się i wszystko wróciło do normy. Po chwili głos zabrał Diaval:
- Skoro jest to grupa najlepszych z najlepszych to dlaczego są tu takie podlotki – to mówiąc wskazał brodą na Midori i Anę.
- Te podlotki kiedyś uratują ci tyłek – powiedział Mashima.
- No raczej, że nie! – odpowiedziały zgodnie pierwszoklasistki chodź Ana poczuła lekkie ukłucie w sercu. – Sam o siebie pewnie nie potrafisz zadbać, co? – kontynuowała Midori. – Nawet mama musiała załatwić tobie ochroniarza – to mówiąc wskazała na Lucę.
- Midori! – szepnęła Ana i dała jej kuksańca w bok. Rozśmieszyło to towarzystwo. Diaval i zielonowłosa przez dłuższą chwilę zabijali się wzrokiem, ale do porządku przywołał ich chrząkający Mashima.
- Moi drodzy spokojnie. Chcę żeby się nam dobrze pracowało dlatego proszę – i przeszedł się w koło stołu każdemu dając karnet do Aquaparku. – Jeśli nie pójdziecie wszyscy to nikt nie skorzysta! Nie wpuszczą was.
- Chodź to kusząca propozycja nie skorzystam. Spadamy Luca – powiedział Diaval i rzucił na stół karnet. W drzwiach zatrzymał go głos Mashimy.
- Diavalu Macabr masz zostać inaczej wrócisz TAM – lodowaty głos i równie lodowate spojrzenie sprowadziły blondyna z powrotem na miejsce. Siedział przez resztę spotkania naburmuszony. Nie trwało ono jednak długo.
Dzwon kościoła św. Anny obwieścił godzinę osiemnastą. Wszyscy poszli już do domu. Jedynie Anabeth czekała rozmowa z Nereusem. Zastała go leżącego na ławce gdzie po raz pierwszy spotkała Jane.
- Nereus… - zaczęła. Zorientowała się, że chłopak śpi. Westchnęła i usiadła obok i położyła jego głowę na swoich kolanach. – Hej… wiesz co? Przepraszam. Smutno mi trochę bez ciebie i chcę żebyś wrócił. Do domu – to mówiąc głaskała go po głowie. Usłyszała jakiś pomruk. Jakby coś mówił, ale za cicho. Po chwili powtórzył.
- Nie musimy wracać. Tak mi dobrze – powiedział i uśmiechnął się do niej.
- Głupek! Nie spałeś prawda!?
- Drzemałem miau… A masz mleko? – zapytał z uśmiechem.
- Dla ciebie to powinnam mieć w butelce dla małych dzieci ze smoczkiem w komplecie. Niestety jest w domu.
- No to tam chodźmy! – powiedział i poderwał się na równe nogi. Anabeth pokiwała głową ze zrezygnowaniem. – Idziemy? – wyciągnął do niej rękę. A ona zrobiła coś na co w ogóle nie liczył. Wzięła go pod rękę, przytuliła się do jego ramienia i poszli.
- Tylko szybko, bo jest coraz zimniej – powiedziała.
- Przecież masz przy sobie prywatny grzejnik.
- Tak, tak… - potem już nic nie mówili i towarzyszyły im  gwiazdy.
***
- Dlaczego on jest w tej grupie? Powiedz mi! – Nereus prawie krzyczał, ale nie chciał obudzić Any.
- Bo będzie potrzebny.
- Ale jest niebezpieczny.
- Jest.
- To czemu? – Coś nie ustępował.
- Skoro nie ufasz mi, zaufaj jej. To będzie jej zadaniem sprawdzić jego lojalność. Poradzi sobie.
- Miałeś ją chronić!
- Mówię. Poradzi sobie. Już niech ci będzie. Będę miał na niego oko.
- Dzięki. Po co wymyślałeś taką długą nazwę tego klubu?
- Bo innej nie było! Uwierz mi na słowo.
- Dobranoc Mashima – sensei.


- Co? Już koń… - lecz nie dane mu było dokończyć gdyż Nereus przerwał rozmowę. Co za długi dzień – pomyślał i zasnął obok Any w formie kota.
_________________________________________________________________
Łał jestem z siebie dumna! Rozdział w miesiąc. Mam teraz ferie dlatego tak szybko się pojawił. Wiem, że jest taki sobie, ale ważne, że jest. Coś się zaczyna dziać... Mam już pomysł na kolejne rozdziały. W których będzie więcej akcji, romantycznych rzeczy i ... morza. 
Rozdział 4: Ahoj przygodo! 
Czyli początek morskiego wcielenia.
 A zapomniałabym, żeby nie przynudzać w rozdziale postanowiłam wstawiać zdjęcia. Oto nowi bohaterowie: 
Alexandra


Luca


Patrycja


Shun


Alex


Loki
Resztę zawsze można przypomnieć sobie w zakładce bohaterowie. Kiedyś wstawię tam ich charakterystyki. Kiedyś.

Arjana