Historia która na prawdę nie mogła się wydarzyć, a może jednak to prawda? Opowiadanie które śledzi losy Anabeth - trzynastolatki z dość nietypową cechą mianowicie wszystko co Anabeth wymyśli i nie jest kopią pojawia się. Np. gadający kot Nereus który pomaga jej zrozumieć nowy świat w którym się znalazła. Świat Autorów.

Informacje

Kopiowanie treści i obrazków jest surowo zabronione!

UWAGA!!! Zero weny i chęci... Nie wiem kiedy wrócą.
Nie wiem kiedy ruszę z nowym blogiem i starą/nową historią...

Rozdział
7: 25%

POPRAWIONE FABULARNIE: 3/8
POPRAWIONE JĘZYKOWO: 0/8

One Shot Miłość nie jedno ma imię - zostanie podzielony na rozdziały od 1-3 możliwie 4.
rozdział 2 0%
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jane. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jane. Pokaż wszystkie posty

9 lutego 2016

Rozdział 6



Rozdział 6 Wątpiąc, dochodzimy do prawdy.


Diaval okręcił się na pięcie i odszedł, zupełnie ignorując wołającą o pomoc Anabeth. Ścieżkę zasłaniała mu przydługa grzywka. On jednak znał drogę na pamięć. Podleciała do niego jedna z wróżek. Stworzonko zaczęło wymachiwać rękami i pokazywać na niego, a także groziło mu pięścią. Chłopak machnął ręką, jakby odgarniał złośliwego komara. Wiedział doskonale co miała na myśli. Nie miał jednak innego wyboru. Przystanął i popatrzył za siebie.

- Nie było innego wyjścia – powiedział, do siebie albo do lecącej za nim wróżki, po czym zniknął. Stworzonko poddało się i wróciło do swoich przyjaciółek. Tafla wody w końcu się uspokoiła. Anabeth zniknęła.

***

W tym samym momencie, kiedy piraci odzyskali wolność, Diaval skończył pisać wykańczający sprawdzian z języka polskiego. Zadzwonił dzwonek, a on z resztą klasy ruszył do wyjścia. Za progiem czekała na niego niewysoka, czerwono-włosa dziewczyna. Jego dziewczyna. A raczej była. Dla dobra misji zerwał z nią. Zresztą i tak był z nią tylko dlatego, że jej status społeczny odpowiadał jego statusowi. Innymi słowy znalazł dziewczynę ze swojej, wyższej, ligi. Tak właściwie nawet nie mieli wspólnych tematów. Westchnął i spojrzał na nią lodowatym wzrokiem. Patrzyła na niego trochę wyzywająco, ale w głębi oczu widać było zmartwienie. Nawet nie złość. Ręce miała przyłożone do piersi. Cienie pod oczami wskazywały, że zarwała noc, a ślady łez na policzkach mówiły mu jak tą noc spędziła.  Jak on nie cierpiał zrywać z dziewczynami… Zawsze były cyrki. Tak jak teraz.

- Tin mówiłem ci, żebyś mnie zostawiła w spokoju. Zerwaliśmy, nie pamiętasz? – oparł głowę o ścianę i uśmiechnął się do niej pokrzepiająco. Czerwono-włosa spuściła wzrok. Schował rękę do kieszeni i mimowolnie odpłynął myślami do Anabeth.

- Ty nic nie rozumiesz… - zaczęła chlipać – ja nie mogę cię stracić! Jesteś dla mnie ważny, nawet bardzo!

- To tylko puste słowa – powiedział, a uśmieszek zniknął z jego twarzy. Powoli zaczynała go już irytować.

- Nieprawda! – płakała już otwarcie i patrzyła na niego wielkimi, smutnymi oczami. Cała się trzęsła. Wyglądała okropnie w rozmazanym makijażu, nieułożonych włosach i niedobranych ubraniach. Jak on w ogóle mógł na nią zwrócić uwagę. Skrzywił się na wspomnienie ich pierwszego pocałunku.

- Tin. Przestań. Z tego i tak by nic nie wyszło. Znajdź sobie kogoś innego, dobrze ci radzę. I więcej nie wchodź mi w drogę – po ostatnim zdaniu wyminął ją i poszedł w tylko sobie znanym kierunku.

***

Jane Ross szła w zamyśleniu przez szkolny korytarz. Zastanawiała się gdzie jest Ana skoro nie przyszła znowu do szkoły i jaki udział w jej zniknięciu miał Diaval. Jane nie była głupią dziewczyną. Co to, to nie. Mieli już odjeżdżać i brakowało tylko Anabeth i Diavala. Po kilku minutach wrócił tylko blondyn. Mashimie dał kartkę, że niby Ana została u cioci w Kaprio. Przecież to już było podejrzane! Ale nauczyciel tylko westchnął, dał reprymendę uczniom by tak więcej nie robili jak ich koleżanka i wsiadł do autokaru.

Weszła do stołówki, a tam powitał ją jak zwykle dziwny zapach obiadu i okrzyki niezdyscyplinowanej młodzieży. Z bufetu wzięła najmniej dziwne jedzenie i poszła w stronę jej ulubionego stolika pod oknem. Kiedy szła, ktoś – najpewniej jeden ze szkolnych drani, takich jak Loki – podstawił jej nogę. Zachwiała się i jej spaghetti wylądowało na blond lowelasie i w jego pomidorowej.

- Sorki – powiedział szybko, zasłaniając się pustą tacą – to nie moja wina! Ktoś podstawił mi nogę. Przynajmniej masz więcej makaronu w zupie – wskazała na jego talerz. Chłopak wybuchnął gromkim śmiechem. Trzeba było przyznać, że nawet w sosie bolognese było mu do twarzy. Jane o czym ty myślisz! – skarciła się w myślach. Popatrzył na nią, tak jakby ją  oceniał. Nie spodobało jej się to i już miała się chłodno pożegnać, kiedy usłyszała jego cichy, ale stanowczy głos.

- Usiądź. Porozmawiajmy chwilę – gestem wskazał jej miejsce naprzeciwko siebie. O dziwo, mimo, że był jednym z najpopularniejszym chłopaków w szkole zawsze jadał sam.

- Jak chcesz – wzruszyła ramionami i usiadła. – Ale nie myśl, że na mnie działa ten twój piekielny urok – satysfakcje miała wymalowaną na twarzy.

- Spokojnie – uniósł ręcę w obronnym geście. – Chciałem porozmawiać na temat klubu.

- E?

- Niedługo będą drzwi otwarte i każdy klub ma się zaprezentować rodzicom i takie tam…

- Z tym to nie do mnie, panie kolego!

- Diaval – podał jej rękę. Niechętnie wymieniła uprzejmości i od razu schowała rękę, pod stół. – A właśnie do ciebie. Jak ci to wytłumaczyć? – podrapał się w głowę. Udawał głupka. Jane od razu to zauważyła.

- Prosto i z mostu. Jak to ucznia pierwszej klasy podstawówki.

- Mashima kazał mi, znaleźć ciebie, żebyśmy wspólnie zajęli się programem artystycznym kółka

 - powiedział na jednym wdechu.

- To na serio nie do mnie – powiedziała z powagą. – Serio, takimi rzeczami interesuje się Anabeth…

- Jak widzisz nie ma jej dzisiaj – przerwał granato - włosej, co lekko ją zirytowało.

- A czyja to wina? – popatrzyła na niego. Czy ona coś wie? – zastanowił się, ale szybko przybrał pozę niegrzecznego chłopca. Popatrzył na nią z pod przymrużonych powiek. Podparł głowę na ręce.  Innej dziewczynie na ten widok pewnie zmiękły by nogi. I ręce. I w ogóle byłaby jak z galarety. Na Jane jednak nie robiło to wrażenia. – Nie wysilaj się tak. Mam starszego brata. Doskonale znam te wasze męskie zagrywki do dziewczyn – prychnęła, a potem przybliżyła się do niego. – Przejrzę wszystkie twoje sztuczki i dowiem się prawdy Diaval.

- Proszę bardzo. Nie mogę się doczekać – powiedział i posłał jej figlarny uśmiech. Zebrał swoje rzeczy, bo uznał rozmowę za zakończoną. Na odchodne powiedział – I tak musimy zrobić ten projekt. Razem. Czy ci się to podoba czy nie –patrzył na jej twarz, bez żadnych emocji. Odszedł od stołu. Po chwili jednak usłyszał uderzenie w stół i ciche przekleństwo. Uśmiechnął się pod nosem. Kiedy wychodził z sali, dostał sms - a. Wiadomość sprawiła, że ciarki przeszły mu po plecach. Udał się do wyjścia ze szkoły. Jane, która właśnie wychodziła ze stołówki zauważyła go. Podjęła szybką decyzję i ruszyła za nim.

***

Szła za Diavalem już dobrą godzinę. Miała nadzieje, że jednak jej nie zauważył. Starała się być bardzo cicho. Co dla niej, osoby, której buzia nigdy się nie zamykała, było bardzo trudne. W końcu po długiej wędrówce przez mroczny las – „Serio Diaval nie mogłeś na kryjówkę złoczyńcy wybrać fabryki czekolady???!” – Jane zauważyła w oddali polanę. Blondyn już na nią wchodził.

I zniknął.

Granato-włosa przystanęła w pół kroku z rozdziawioną buzią i wielkimi oczami. Nie zważała, że może ja usłyszeć ktoś jeszcze – „ Chociaż kto o zdrowych zmysłach byłby jeszcze na radosnym spacerku w tym przerażającym lesie” – podbiegła do granicy lasu. Jeden krok i weszłaby na oświetloną łąkę. Nic więcej. Więc, gdzie był Diaval? Wyciągnęła rękę przed siebie. Zniknęła aż po łokieć. Cofnęła się szybko, prawie się przewracając. Znowu dzisiejszego dnia. Instynkt – a ona zawsze polegała na nim jak i na sercu i intuicji, a rozum zostawiała gdzieś z tyłu – podpowiadał jej, że tajemnica zniknięcia jej przyjaciółki czai się właśnie za tym niewidzialnym czymś. Podeszła do skraju lasu. Rozejrzała się, wzięła głęboki oddech i zrobiła krok do przodu. 
Czuła się tak jakby przeszłą przez bańkę mydlaną. Otworzyła oczy. Na polanie
stał domek z ogródkiem i studnią. Jane przechyliła głowę ze zdziwienia, ale wzruszyła ramionami podeszła do okna.  W środku chatka wyglądała zupełnie inaczej – jak mały szpital. Wszędzie kable, maszyny monitorujące funkcje życiowe i inne parametry. A wszystko było podłączone do jednej osoby.

 Anabeth.

Jane krzyknęła na jej widok. Zaraz jednak skarciła się w myślach, ponieważ  nie wiedziała czy ktoś jej nie usłyszał. Na pewno usłyszał. Po mamie miała ten operowy sopran. Niestety! Zaczęła powoli wycofywać się z pod okna. Nagle ktoś złapał ją za ramiona i obrócił w swoją stronę.

- Jane! – wykrzyknął Nereus.

- Nereus! – wykrzyknęła i ona. Nic już nie rozumiała. – Co tu się dzieje!? Co jest z Aną??? Czemu jest tutaj, a nie w jakimś szpitalu skoro coś jej się stało.

- Jane uspokój się. Wszystko ci wyjaśnimy – powiedział Diaval, stojący w progu drzwi. Dziewczyna osłupiała widząc lowelasa w białym kitlu. – To wszystko dla dobra Anabeth.

- Ta jasne. I mam ci uwierzyć? – powiedział Jane i prychnęła. Wyswobodziła się z uścisku Nereusa i poszła do środka. Diaval  grzecznie ją przepuścił. Rozejrzała się. Parter domku zajmował mały aneks kuchenny, szafka na buty , lustro i szafa na kurtki. Z drugiej strony był cały sprzęt i wielkie łóżko w którym spała Anabeth. Wyglądała przynajmniej jakby spała. Coś i Autor weszli do środka za nią.

- Tylko nie ubłoć, proszę. Sprzątałem cały dzień – powiedział Nereus na co Jane przewróciła oczami. Podeszła do przyjaciółki i wzięła ją za rękę.

- Zimna. Jak zawsze – westchnęła. Spojrzała zmartwionym wzrokiem na pozostałą dwójkę. – Liczę na szczegółowe wyjaśnienia.

- To może kakao? – powiedział uśmiechnięty Nereus jakby przyszła w odwiedziny na herbatkę. A tak naprawdę przeszła tą całą drogę, by odnaleźć Anabeth całą i zdrową, a nie przypiętą do jakiś pikadeł i kabli. Podeszła do niego i zmierzyła go wzrokiem, tak wściekłym, że Coś głośno przełknął ślinę. Zaraz jednak odzyskał opanowanie. – Siadaj Jane – powiedział naturalnym, swobodnym tonem. Zrobiła jak kazał. Założyła nogę na nogę, jak miała w zwyczaju. – Diaval może ty opowiesz… Ja nie mam już na to siły – po raz pierwszy odkąd tu przyszła zauważyła u Nereusa strach i zmartwienie.

- Ok – blondyn usiadł na podłodze przed Jane w siadzie skrzyżnym. – Przygotuj się, bo to trochę dłuższa opowieść.

- Czy w takim wypadku nie można powiedzieć, żebyś się streszczał?

- Niezbyt. Gdybym się streścił to nic byś nie zrozumiała – zaśmiał się głucho i podrapał w tył głowy. Zdecydowanie nie wiedział jak zacząć. Westchnęła.

- Nereus! To ja jednak poproszę to kakao!
__________________________________________________________________________________
Mam nadzieje, że nie zanudzi się ten kto to czyta, jeśli ktoś to czyta...  Znalazłam bete - osobę od sprawdzania błędów jakby ktoś nie wiedział. Niestety jeszcze mi nie pomaga. Więc rozdział może być z błędami, długimi zdaniami itp. 
W tym rozdziale postanowiłam skupić się trochę na  tajemniczym i mrocznym Diavalu i gadatliwej, ale dbającej ponad wszystko o swoich przyjaciół Jane. Jednym słowem - rozwinęłam wątki poboczne. No i wystąpił kochany czarny kot!  
Co się dzieje z Aną? Jaki w tym udział ma Diaval? A jaki Nereus?
O co w tym wszystkim chodzi? 
Na te pytania i inne, które Wam się nasuną ( śmiało możecie je wpisywać w komentarzach) postaram się dać odpowiedzi w nadchodzących rozdziałach. Nie wiem, kiedy będzie 7 rozdział. Zresztą jak zawsze :). 
Arjana

7 maja 2015

Rozdział 4

Rozdział 4 
Ahoj przygodo! Czyli początek morskiego wcielenia.

- Anabeth! – zawołała Jane kiedy zauważyła swoją koleżankę na horyzoncie. Brązowowłosa odmachała jej i powiedziała coś do naburmuszonego Nereusa. Ten prychnął i przyśpieszył tak, że już po chwili byli obok dziewczyny. – Co znowu się stało?
- Jedziemy do Aquaparku. To się stało! – powiedział z wyrzutem chłopak.
- Mogłeś zostać w domu. Nie kazałam ci przecież ze mną jechać! – powiedziała zirytowana Ana. Od rana miała z nim same problemy. Naprawę by się cieszyła, kiedy by został w Lilium. Zwłaszcza, że chciała dowiedzieć się więcej o nieznajomym, przystojnym blondynie o imieniu Diaval. Myślała o nim coraz częściej. Zwłaszcza jaki jest, co lubi, jak się uczy. Tyle pytań kotłowało się w jej głowie! Niestety, nie mogła mu zadać ani jednego. Od spotkania z Mashimą nie widziała go w szkole, a przecież minął już dobry miesiąc. Westchnęła. Po chwili zauważyła świdrujące spojrzenie Nereusa. – Mam coś na twarzy?
- Nie.
- Spoko.
-Spoko.
-Świetnie.
-Świetnie.
- Idziemy? – zapytała Jane zmęczona rozmową pozostałej dwójki.
- Tak! Jesteśmy już spóźnieni! – wykrzyknęli w jednym momencie i razem pobiegli w stronę szkoły.
***
- Czy wszyscy już są?
Kaprio
- Tak! – odparła grupa uczniów na pytanie Mashimy. Zaczęli powoli wchodzić do małego szkolnego busa. Anabeth usiadła koło okna i podczas drogi oglądała okolicę. Nie miała ochoty rozmawiać z siedzącym obok niej Nereusem ani z dziewczynami, które siedziały przed nimi. Tak właściwie to one spały. Wszyscy spali oprócz niej. Jutro mieli dojechać do miasta Kaprio. Największego centrum rozrywki w całym kraju. Ludzie mieszkali na obrzeżach, a w samym centrum były kluby, restauracje, wesołe miasteczka, parki rozrywki i oczywiście Aquapark.  
Około 4 nad ranem kierowca zarządził postój. Ana jako jedyna skorzystała z możliwości wyjścia na zewnątrz. Ale czy aby na pewno tylko ona? W pobliżu parkingu było małe wzniesienie, które zaraz miało zostać skąpane w blasku wschodzącego słońca. Usiadła czekając na brzask. Mokra trawa poruszała się w rytm wiatru. Usłyszeć można było ćwierkanie ptaków. Las który rozpościerał się za wzniesieniem zaczynał budzić się do życia. Zamknęła oczy. Po chwili poczuła ciepło pierwszych promyków na twarzy. Wstała by lepiej widzieć wielkie, czerwone słońce i bladoróżowe chmury. Chłodny wiatr zerwał wstążkę którą miała zaplecione włosy. Wpadła ona w ręce blond włosego chłopaka. Popatrzył na brązowowłosą i nie mógł uwierzyć w to co widzi. Była piękna, otaczała ją złoto-czerwona łuna słońca, które zasłoniła, a wiatr rozwiewał jej niebieską sukienkę. Brązowe oczy były pełne zdziwienia. Chyba pokochał te oczy. Oczy, które patrzyły teraz tylko na niego.
Zaraz jednak się opanował. Znowu przywdział maskę buntownika. Podszedł do niej. Z bliska nie wydawała mu się już taka idealna. Lecz to sprawiało, ze była jeszcze piękniejsza. Pocałował wstążkę sprawczynie tego zdarzenia i włożył jej do ręki. Jaka krucha – pomyślał – jak porcelana. Odszedł. Odwróć się, odwróć! – myślała. Zrobił to. Zauważył na jej twarzy uśmiech i iskierki w oczach.
- Dziękuje Diaval! – zawołała, kiedy szedł w stronę busa. Uśmiechnął się, idąc dalej. Podbiegła do niego i stanęła z nim twarzą w twarz. – Słyszałeś? Dziękuje.
- Nie potrzebuje podziękowań od podlotka i podróbki Autora – powiedział i popatrzył na nią chłodno. Zbił ją z tropu. Na tym mu zależało. Uśmiechnął się pod nosem i wyminął ją.
- Słuchaj ty! Nie jestem żadnym podlo coś tam…
- Podlotkiem.
- Mniejsza. Ani podróbką Autora! Pokaże ci na co mnie stać, więc się przygotuj! – właśnie poznał jej trzecią twarz. Wtedy kiedy wszedł jej ktoś na ambicję. Była jak otwarta księga. Zaczęła go intrygować już nie ze względu na wygląd, ale też przez charakter.
- To co zaczynamy – otoczyła go aura jego mocy.
- Nie teraz. Jestem zmęczona – powiedziała i poszła do busa.  Wsiadając pokazała mu język. Rozbawiło go to. Kiedy ostatnio rozśmieszyło go coś? Nie pamiętał. Zapowiadało się coraz ciekawiej.
***
- Panienki gotowe?
- Już! Chwila! – dało się słyszeć z szatni.
- Co oni tam tak długo robią no?! – mówiła zbulwersowana Jane.  – Przecież to my jesteśmy dziewczynami. Mashima – sensei możemy już iść!
- Prosimy! – powiedziały wszystkie.
- Czuję że woda i dziewczyny w bikini mnie wołają! – zawołał Loki, który właśnie wybiegł w szaleńczym tempie z szatni. Nauczyciel nawet nie zdążył powiedzieć, żeby nie biegał, a ten już wylądował na swoich czterech literach. Reszta chłopaków po chwili też do nich dołączyła.
- Życzę wam miłej zabawy moi drodzy. Cieszcie się tym wolnym czasem. Ja jakby co będę w barze – z błogą miną mówił i myślał jakie to drinki sobie zamówi. Chociaż nie! Nie może, jest przecież opiekunem. Ale może jednego, a potem kolejnego. Skończyło się to potem tak, że Luca z Shunem musieli go targać do busa nieprzytomnego.
***
Parę godzin później Anabeth upadła wykończona na leżak. Najpierw z Midori poszły zjeżdżać zjeżdżalnią,  która miała tyle zakrętów ile górska droga. W duchu dziękowała sobie że nie chciała jeść dziś dużo na śniadanie. Nie chciała wyglądać jak Jane, która dostała choroby morskiej od samego stania na atrapie statku pirackiego. Potem, kiedy niebiesko włosa wydobrzała, zabrała ją na nurkowanie z rybami. Pomińmy fakt, że Alexandra, która im towarzyszyła została prawie zjedzona przez jedną pływającą istotę. Dziewczyny odeskortowały ją do lekarza, gdzie wszystko było w porządku oprócz psychiki pacjentki. Postanowiła ona więcej nie pływać i potowarzyszyć Mashimie w barze. Po obiedzie Anabeth postanowiła spróbować swoich sił i przekonać Nereusa, żeby popływał. Lepiej tego nie opisywać bo są to zbyt drastyczne sceny próby ucieczki Cosia. Później Ana popływała sama i skorzystała z kolejki górskiej którą objechała całe miasto. Pod koniec zauważyła wysiadającego blondyna z wagonika przed nią. Poszła za nim, ale po chwili straciła go z oczu, w tłumie. Wróciła do Aquaparku gdzie znowu pływała, bawiła się i zjeżdżała z Midori i Jane.
Jedna z atrakcji Kaprio
 Raz spotkała samotnego Lucę z miną zbitego psa.
- Czemu jesteś smutny Luca? Nie podoba ci się tutaj? – zapytała.
- Jestem przygnębiony ponieważ… nie wiem gdzie jest Diaval! – takiej odpowiedzi się spodziewała, ale to co mówił potem zbiło ją z tropu. – Ten łoś miał tu już być 32 minuty i 16 sekund temu! I co, jest jak zawsze kiedy ten idiota …
Ana postanowiła go zostawić, ponieważ nie wiedziała co w złości może zrobić ten chłopak. Nawet kiedy odeszła na kilka dobrych metrów słyszała niemiłe epitety mówione pod adresem blondyna. Z przykrością jednak stwierdziła, że tej części parku nie zna. Do tego Luca gdzieś zniknął, a w pobliży ani żywej duszy.
- No to klops…
Tak oto po kilku godzinach szukania opadła na swój leżak.Naprawdę jednak minęło pół godziny.
- Mam dosyć wszystkiego… Ludzi, Cosiów, rybek, wody…  - mówiła do siebie, kiedy nagle... Chlup! Na całe pomieszczenie dało się słyszeć śmiech Lokiego.
- Wyglądasz jak topielec! –zawołał do Any będącej w basenie.
- Wielkie dzięki Loki! A wiesz co? Nie jest jeszcze tutaj, aż tak źle. Może ty też powinieneś spróbować – kolejne chlup i chłopak wylądował koło niej. Popatrzył na nią spod byka. Ona była gotowa do ucieczki. Po chwili jednak zaczął się śmiać, a ona razem z nim.
***
Słońce powoli zachodziło. Anabeth jako ostatnia wyszła z szatni. Rozejrzała się. „ Serio! Wszyscy już poszli… Gdzie oni są?” – myślała.
- Głupie, długie włosy – powiedziała do siebie.
- Jak włosy mogą być głupie? – znała ten głos. Jego właściciel stanął przed nią.
- O Diaval! Jak dobrze, że jesteś. Wiesz może gdzie reszta grupy? – udała, że nie usłyszała jego słów. Westchnął i odgarnął niedbale swoje włosy.
- Są na zewnątrz. Chodź, najpierw chce ci coś pokazać.
- Co? – zapytała jak małe dziecko.
- Zobaczysz – powiedział z tajemniczym uśmiechem na twarzy i złapał ją za rękę. Nie protestowała.
Okazało się, że za Aquaparkiem znajduje się mały las. Blondyn prowadził ją tak jakby znał to miejsce od dawna. Wiedziała za to, że Nereus nie pochwalił by jej eskapady. Zwłaszcza z Diavalem. Lecz nie potrafiła się oprzeć ciepłu bijącemu z jego ręki. Trafili nad jeziorko. Ostatnie promienie słońca ogrzewały ich buzie. Z lasu zaczęły wylatywać świetliki. Tworzyły małe grupki, a potem dołączały się do kolejnych. Robiły to z taką gracją. Jeden zatrzymał się obok Any na wysokości twarzy.
- Co to! – zawołała. W miejscu świetlika była mała istotka z dużymi, szpiczastymi uszami, wielkimi oczami i parą świecących skrzydeł. Miała długą sukienkę z płatków kwiatów. Cała jej postać błyszczała. Zaczęła się śmiać z Autorki która jej się przyglądała. Chyba coś powiedziała, ale nie można było zrozumieć.
- Nigdy nie widziałaś wróżki? – zapytał Diaval. Uśmiechnął się pod nosem. Wróżki zawsze były ciekawym zjawiskiem. Nie spodziewał się nawet, że tak szybko ją zaakceptują i pokażą jej swoją prawdziwą formę.
- Piękne – powiedziała cicho, a istotka dygnęła w podzięce. Gestem przywołała koleżanki. Przyniosły kwiaty. Okrążyły głowę Any i wplotły je jej we włosy. Kiedy były tak blisko twarz Anabeth także jaśniała.
- Ładnie by ci było ze skrzydłami –stwierdził chłopak i uśmiechnął się do niej zawadiacko. Ona spłonęła rumieńcem. – Chodź jest jeszcze coś – poprowadził ją w stronę jeziorka. Kiedy odwróciła głowę zauważyła smutną minę pierwszej wróżki, którą spotkała. Pomachała głową jakby chciała powiedzieć, że ma tam nie iść. Szybko spojrzała znowu na tył jego głowy.
Woda mieniła się wszystkimi kolorami tęczy. Nie wiadomo gdzie pod wodą powstawało światło, które potem odbijało się od łusek wielobarwnych ryb i oświetlało brzeg. Kiedy Ana patrzyła w wodę, Diaval zebrał dwa małe kwiatki.
- Zagrajmy w grę – powiedział. – Jeden kwiatek dla ciebie, jeden dla mnie – podał jej roślinę. – Ten kwiatek, który popłynie szybciej i dalej wygrywa.
- Czemu to ma służyć?
- Możemy się o coś założyć - powiedział.
- A o co?- dopytywała się.
- Powiedzmy... - zastanowił się. Przynajmniej sprawiał takie wrażenie. Lecz on miał już góry ustalony cały plan działania. - O przysługę. Jeśli ja wygram ty coś zrobisz dla mnie, jeśli ty wygrasz ja zrobię co tylko będziesz chciała.
- Zgadzam się – powiedziała i wyniośle uniosła głowę. Liczył właśnie na taką odpowiedź. Nie zdawała sobie nawet sprawy z niebezpieczeństwa. „ Co za ufna dziewczyna” - pomyślał. Zamierzał to wykorzystać.
- Trzy, dwa , jeden… Start! – położyli kwiaty i zaczęli dmuchać. Roślina Diavala wysunęła się na prowadzenie. On jeszcze się wychylił i dmuchał dalej. Nie mogła przegrać, więc także się wychyliła. Ręka, na której się opierała, ześlizgnęła się i Ana wpadła do wody. Kiedy się wynurzyła, jego nigdzie nie było.
- Diaval! Diaval! – krzyczała. Postanowiła sama wydostać się na brzeg. Nagle złapało ją coś za nogę i zaczęło ciągnąć w dół. Rozpaczliwie złapała ostatni oddech i znalazła się pod wodą. Ryby ją okrążyły. Druga noga została także złapana. Próbowała się skupić na wymyśleniu Cosia, ale brak tlenu skutecznie jej to uniemożliwiał. Ryby wpływały wokół niej co raz szybciej. Znalazła się w środku kolorowego wiru.  Może to przez brak tlenu, ale wydawało jej się jakby ryby szeptały jakieś zaklęcie. Wypuściła ostatnie bąbelki powietrza. Straciła przytomność.
***
Słońce ją oślepiało. Słyszała głosy ludzi. Otworzyła oczy i prawie utonęła, ponieważ przykryła ją fala. Wypłynęła i rozejrzała się dookoła. Znajdowała się na pełnym morzu. Kilka metrów dalej płynął statek. Nagle ktoś z niego wyskoczył. Płynął w jej stronę. Pojawił się przed nią białowłosy chłopak.
- Może panią podwieźć?
- A wie pan, że chętnie – powiedziała i chętnie uczepiła się jego ramienia. Razem dopłynęli do statku. Ostatkiem sił wdrapała się na pokład statku. Powitał ją krąg mężczyzn wyglądających jak piraci. Poczuła zimną stal przy szyi. Białowłosy złapał ją za nadgarstki.
Dajmon
- Witamy wśród załogi Krwawego Ognia panienko! Liczymy na sowitą zapłatę za ciebie – wykrzyknął, a inni mu zawtórowali. Popchnął ją w stronę innego młodego chłopaka.
- Chwila! Ja się nie zgadzam!
- Ty chyba nie jesteś stąd prawda? – przybliżył się do niej.
- Nie, nie jestem.
- No moi drodzy, więc powitajmy panienkę na naszym statku pirackim - kapitan zaakcentował ostatnie słowa.
- Słucham? Statek piracki? W ogóle, gdzie jesteśmy? – Anabeth już nic nie wiedziała.
- Jesteśmy załogą Krwawego Ognia. Najgroźniejszymi piratami na całych Karaibach! Jeśli chcesz wiedzieć mamy rok 1657. A ja nazywam się Dajmon. I jestem ich kapitanem. Flinn zabierz naszego ślicznego gościa do jej uroczego apartamentu.
- Co! Nie! Chwila! – protestowała. Niestety i tak zamknęli ją w ciemnym pokoju bez okien, jedzenia i miejsca do spania. Zaczęła płakać.
- Diaval głupku! To wszystko twoja wina…
Krwawy Ogień
 _________________________________________________________________________________
 Szablon który miał być na następne parę miesięcy starczył na mniej niż miesiąc. Nie wiem co się stało. Przy jednych postach można dodawać komentarze, a przy innych nie. Postaram coś na to zdziałać. 

Zdenerwowana na głupi szablon Arjana
P.s Na razie będzie ten zrobiony na szybko z kotem i księżycem w nagłówku. 
Edit: Komentarze można dodawać. Szablon znów zmieniony.

24 lutego 2015

Rozdział 3 Klub czytelniczych amatorów pieczenia babeczek bananowych

Rozdział 3 Klub czytelniczych amatorów pieczenia babeczek bananowych.

Dzień zapowiadał się ciepło i przyjemnie pomimo zbliżającej się wielkimi krokami zimy. Anabeth razem z Jane szły do szkoły. Granatowłosa jak zwykle nadawała szybkie tempo, więc w szkole były przed czasem. Po wyjściu z szatni każda poszła pod swoją klasę. Nagle z głośników dobiegł Anę głos jej wychowawcy:
- Anabeth Soretino, Jane Ross, Diaval Macabre, Patrycja Roto, Midori no Tsuta, Shun Kageyama, Loki Artemius, Alexandra i Alex Bon, Luca Morterius proszeni są do sali 207 po lekcjach. Obecność obowiązkowa! Inaczej dostaniecie naganę z plastyki i jeszcze czegoś jak uda mi się udobruchać tego potwora … znaczy najszanowniejszą panią dyrektor Marzenę…
- Mashima ty idioto!!!!  - cała szkoła zatrzęsła się w posadach. Pani dyrektor przejęła mikrofon. – Drodzy uczniowie jak pewnie wiecie nie kłamię więc muszę wam powiedzieć że pan profesor Mashima odbędzie ze mną długą i bardzo bolesną rozmowę. Dlatego zwalniam was z jego lekcji. Miłego dnia!
„ Biedny Mashima- sensei…” - pomyślała Anabeth. Spotkała się raz sam na sam z panią dyrektor i nie wspominała tego miło.  - „ Jest jeszcze gorszym potworem od swoich sekretarek!”
***
Od września najbliższą koleżanką Anabeth z pierwszej klasy była Midori, a z drugiej Jane. Spędzały ze sobą przerwy, umawiały na spotkania poza szkołą… Było tak jak gdyby znały się od zawsze. Klasa pierwsza zyskała już sławę na całą szkołę. Nauczyciele lubili mieć z nimi lekcje, a oni chętnie chłonęli ich wiedze. Nie było w tej klasie sprzeczek ani podziałów. Po prostu sielanka.
Anabeth nie pogodziła się z Nereusem. Nie umiała go przeprosić, nawet nie wiedziała jak i za co. Do tego on nie dawał jej ku temu sposobności. Znikał na całe dnie. Ale wracał. Wieczorem, zmęczony tajemnicą, którą musiał ukrywać przed swoją Autorką. To co robił pewnie nie spodobałoby się Anabeth. No trudno. Jest jej Cosiem i jego zadaniem jest obrona jej. Chodź pomysł Tej Osoby nie podobał mu się mógł sprawić, że Ana będzie na chwilę bezpieczna. Ona myślała, że jest. Tak naprawdę była ciągle obserwowana. W szkole była osoba odpowiedzialna za to by się jej pozbyć. Rada Autorów nie była przychylna istnieniu tak potężnego Autora. Dlatego nie mogła o niczym wiedzieć, a on musiał ją chronić. Nawet za cenę własnego życia.
***
- Kinboshi! – zawołała Midori. Szukała Anabeth już od dobrych 15 minut. Zauważyła ją w pewnej chwili przy sklepiku szkolnym. Przyśpieszyła. – Ja ciebie szukam od kilku godzin, a ty się obżerasz!
- Przepraszam… - zaczęła ze skuchą w głosie. – Nie chcesz może jednego lizaka? – zapytała z uśmiechem. – W ramach przeprosin.
- No niech ci będzie – Midori zabrała słodycz na patyku i ukryła za włosami swoją uśmiechniętą buzie. Z lizakiem w buzi powiedziała – Wiesz co lubię najbardziej!
- No jasne!
- Na śmierć zapomniałam –wykrzyknęła zielonowłosa kiedy szły  już razem korytarzem. – Za chwilę jest spotkanie z Mashimą, prawda?
- Noo… - widać było, że Anabeth jest w zupełnie innym świecie. Zapatrzona w swoje buty, przygryzała patyczek od lizaka i ledwo zdążała wymijać ludzi. Jej koleżanka tylko westchnęła. Brązowowłosa często tak odpływała. - Mówiłaś coś?
- Tak, że za chwilę mamy spotkanie.
- Aaa.
- Taaak.
- To już teraz?!
- Właściwie to już powinnyśmy kierować się pod salę – zastanowiła się Midori i pociągnęła za rękę Anabeth. Sala, a właściwie salka w której miało się odbyć spotkanie była trochę większa od kantorku woźnego. Stał tam drewniany stół i 12 krzeseł oraz mała szafka. Pomieszczenie było na strychu szkoły więc z okna, które zajmowało prawie całą tylnią ścianę rozpościerał się widok na plac i kawałek miasta. Ludzie którzy tam byli mogli zobaczyć wszystko. Natomiast ci którzy patrzyliby z zewnątrz nie dostrzegliby nic.
***
 Usiedli na wyznaczonych miejscach. Mashima usiadł na szczycie stołu. Po swojej prawej miał puste miejsce, a po stronie lewej siedziała Midori. Obok niej Anabeth i dalej Jane, Patrycja i Alexandra. Shun usiadł naprzeciwko Any, Loki miał przed sobą Jane, a Alex swoją siostrę. Anabeth przyglądała się osobom, których nie znała, a było ich całkiem sporo.
Patrycja – drobna dziewczyna o ciemnych włosach, płochliwym spojrzeniu i przyjaznej twarzy była z klasy I liceum. Alexandra – wysoka o przyciągających wzrok różowych włosach, posiadająca piękny uśmiech, modelka oraz dziewczyna z  wieloma tajemnicami. Również I liceum. Shun wydawał jej się być cichym, przyjaznym, a przede wszystkim zakochanym chłopakiem z I liceum. Miał lekko kręcone, ciemne włosy i bystre i brązowe oczy. Loki udawał władcę całego świata. Nogi położył na stole i przysypiał. Mimo iż jego żarty znać było w całej szkole Anabeth myślała, że nie ma on prawdziwych przyjaciół. Czerwone, długie włosy, niebieskie oczy i chytry uśmiech. Najgorszy uczeń całej szkoły należał do klasy III gimnazjum. I Alex człowiek zagadka. Wygląd nie zdradzał o nim nic. Wiedziała tylko, że jest o rok młodszy od swojej siostry i nie miał różowych włosów więc nie zwracał na siebie uwagi. Były jeszcze trzy puste miejsca. Dla kogo?
Bum! Drzwi do sali zostały otworzone kopniakiem. Wszyscy poderwali się z krzeseł. W blasku zachodzącego słońca do pomieszczenia wszedł Diaval.Za nim dreptał posłusznie Luca o czerwonych włosach z obojętnym wyrazem twarzy i rękami w kieszeniach. Anabeth momentalnie otworzyły się szerzej oczy. Usłyszała w głowie swój krzyk i jego śmiech chociaż nigdy jeszcze nie słyszała jego głosu. Była przerażona. Zdawało się, że patrzy się ciągle na nią. W jednym momencie zrobiło jej się duszno i pragnęła uciec jak najdalej.
- Dobrze, że zaszczycili nas panowie swoją obecnością – powiedział Mashima ukrywając za okularami chęć mordu w swoich oczach.
- Coś nam … wypadło – powiedział nieśpiesznie Diaval. Ana nie spuszczała z niego oczu. To jego widziała przecież w śnie, prawda? Teraz jednak… Kiedy usłyszała jego głos… Nie była pewna już niczego. Zdawało się, że przemawia wprost do jej serca. Nie mogła w to uwierzyć. Chyba zakochałam się od pierwszego wejrzenia! – pomyślała i z westchnieniem usiadła na krzesło. Blondyn usiadł naprzeciwko Patrycji, a jego „przyjaciel” ( prędzej chłopak na posyłki) miał przed sobą Midori. Mashima uspokoił się już i miał zaczynać mówić, ale przerwało mu wejście jeszcze jednej osoby.
- NEREUS! – wykrzyknęła jego Autorka.
- Dobry wszystkim – powiedział Coś i usiadł na ostatnim wolnym miejscu naprzeciwko nauczyciela. Podniósł wzrok i napotkał jej pytający wzrok. Uśmiechnął się półgębkiem. Jego oczy błyszczały jak nigdy. To miało znaczyć „ Zaraz się dowiesz”.
- Skoro jesteśmy już wszyscy możemy zaczynać. Proszę o uwagę młodzieży – zaczął Mashima. – Otwieram pierwsze spotkanie Klubu czytelniczych amatorów pieczenia babeczek bananowych! Oczekiwałem trochę większego entuzjazmu – powiedział po dłuższej chwili kiedy każdy patrzył na niego jak na wariata.
- Przepraszam psorze, ale jeśli będziemy piec albo czytać abo czytać o pieczeniu to ja spadam – teatralnie powiedziała Alexandra.
- Nie panno Bonn nic z tych rzeczy.
- To co będziemy robić skoro taki jest tytuł klubu? – spytała Midori. Odpowiedział jej szalony śmiech nauczyciela.
- To tylko przykrywka dla większego celu, większej idei – powiedział to z taką dumą, że ich zatkało i nie wiedzieli już w ogóle co mają o tym myśleć. – To będą zajęcia na których przeniesiemy się w czasie i przestrzeni. Do bajek! Będziemy je ratować. Trzeba wam wiedzieć, że są one zagrożone. Dlatego została wytypowana grupa z całej szkoły, która zajmie się mniejszymi misjami. Będziemy jeszcze doskonalić swoje umiejętności i inne tego typu rzeczy. Będzie ciężko, ale dacie sobie radę. Jesteście najlepsi z najlepszych! Jesteście elitą – zakończył swój monolog i w końcu na nich popatrzył. W jednym momencie wszyscy wstali powiedzieli Do widzenia! I chcieli wyjść. Ale drzwi zniknęły, tak samo jak ściany. Odwrócili się. Stał oparty stół i powiewała nad nim energia. W ręce trzymał kulę która wyglądała jak mała gwiazda. Zdali sobie sprawę, ze o czymś zapomnieli. Ich nauczyciel nie był zwykłym Mashimą. To był Mashima Autor! Mashima członek Rady Autorów! Wszyscy szybko wrócili na miejsca. Mężczyzna uspokoił się i wszystko wróciło do normy. Po chwili głos zabrał Diaval:
- Skoro jest to grupa najlepszych z najlepszych to dlaczego są tu takie podlotki – to mówiąc wskazał brodą na Midori i Anę.
- Te podlotki kiedyś uratują ci tyłek – powiedział Mashima.
- No raczej, że nie! – odpowiedziały zgodnie pierwszoklasistki chodź Ana poczuła lekkie ukłucie w sercu. – Sam o siebie pewnie nie potrafisz zadbać, co? – kontynuowała Midori. – Nawet mama musiała załatwić tobie ochroniarza – to mówiąc wskazała na Lucę.
- Midori! – szepnęła Ana i dała jej kuksańca w bok. Rozśmieszyło to towarzystwo. Diaval i zielonowłosa przez dłuższą chwilę zabijali się wzrokiem, ale do porządku przywołał ich chrząkający Mashima.
- Moi drodzy spokojnie. Chcę żeby się nam dobrze pracowało dlatego proszę – i przeszedł się w koło stołu każdemu dając karnet do Aquaparku. – Jeśli nie pójdziecie wszyscy to nikt nie skorzysta! Nie wpuszczą was.
- Chodź to kusząca propozycja nie skorzystam. Spadamy Luca – powiedział Diaval i rzucił na stół karnet. W drzwiach zatrzymał go głos Mashimy.
- Diavalu Macabr masz zostać inaczej wrócisz TAM – lodowaty głos i równie lodowate spojrzenie sprowadziły blondyna z powrotem na miejsce. Siedział przez resztę spotkania naburmuszony. Nie trwało ono jednak długo.
Dzwon kościoła św. Anny obwieścił godzinę osiemnastą. Wszyscy poszli już do domu. Jedynie Anabeth czekała rozmowa z Nereusem. Zastała go leżącego na ławce gdzie po raz pierwszy spotkała Jane.
- Nereus… - zaczęła. Zorientowała się, że chłopak śpi. Westchnęła i usiadła obok i położyła jego głowę na swoich kolanach. – Hej… wiesz co? Przepraszam. Smutno mi trochę bez ciebie i chcę żebyś wrócił. Do domu – to mówiąc głaskała go po głowie. Usłyszała jakiś pomruk. Jakby coś mówił, ale za cicho. Po chwili powtórzył.
- Nie musimy wracać. Tak mi dobrze – powiedział i uśmiechnął się do niej.
- Głupek! Nie spałeś prawda!?
- Drzemałem miau… A masz mleko? – zapytał z uśmiechem.
- Dla ciebie to powinnam mieć w butelce dla małych dzieci ze smoczkiem w komplecie. Niestety jest w domu.
- No to tam chodźmy! – powiedział i poderwał się na równe nogi. Anabeth pokiwała głową ze zrezygnowaniem. – Idziemy? – wyciągnął do niej rękę. A ona zrobiła coś na co w ogóle nie liczył. Wzięła go pod rękę, przytuliła się do jego ramienia i poszli.
- Tylko szybko, bo jest coraz zimniej – powiedziała.
- Przecież masz przy sobie prywatny grzejnik.
- Tak, tak… - potem już nic nie mówili i towarzyszyły im  gwiazdy.
***
- Dlaczego on jest w tej grupie? Powiedz mi! – Nereus prawie krzyczał, ale nie chciał obudzić Any.
- Bo będzie potrzebny.
- Ale jest niebezpieczny.
- Jest.
- To czemu? – Coś nie ustępował.
- Skoro nie ufasz mi, zaufaj jej. To będzie jej zadaniem sprawdzić jego lojalność. Poradzi sobie.
- Miałeś ją chronić!
- Mówię. Poradzi sobie. Już niech ci będzie. Będę miał na niego oko.
- Dzięki. Po co wymyślałeś taką długą nazwę tego klubu?
- Bo innej nie było! Uwierz mi na słowo.
- Dobranoc Mashima – sensei.


- Co? Już koń… - lecz nie dane mu było dokończyć gdyż Nereus przerwał rozmowę. Co za długi dzień – pomyślał i zasnął obok Any w formie kota.
_________________________________________________________________
Łał jestem z siebie dumna! Rozdział w miesiąc. Mam teraz ferie dlatego tak szybko się pojawił. Wiem, że jest taki sobie, ale ważne, że jest. Coś się zaczyna dziać... Mam już pomysł na kolejne rozdziały. W których będzie więcej akcji, romantycznych rzeczy i ... morza. 
Rozdział 4: Ahoj przygodo! 
Czyli początek morskiego wcielenia.
 A zapomniałabym, żeby nie przynudzać w rozdziale postanowiłam wstawiać zdjęcia. Oto nowi bohaterowie: 
Alexandra


Luca


Patrycja


Shun


Alex


Loki
Resztę zawsze można przypomnieć sobie w zakładce bohaterowie. Kiedyś wstawię tam ich charakterystyki. Kiedyś.

Arjana