Tak, nie zapomniałam o blogu. W wielkim skrócie chciałam napisać, że założyłam konta na Sweeku (Arjana) i Wattpadzie (Arjana2000), gdzie będzie publikowana i NH oraz inne opowiadania i one shoty.
Do zobaczenia kiedyś...
Arjana
Historia która na prawdę nie mogła się wydarzyć, a może jednak to prawda? Opowiadanie które śledzi losy Anabeth - trzynastolatki z dość nietypową cechą mianowicie wszystko co Anabeth wymyśli i nie jest kopią pojawia się. Np. gadający kot Nereus który pomaga jej zrozumieć nowy świat w którym się znalazła. Świat Autorów.
Informacje
Kopiowanie treści i obrazków jest surowo zabronione!
UWAGA!!! Zero weny i chęci... Nie wiem kiedy wrócą.
Nie wiem kiedy ruszę z nowym blogiem i starą/nową historią...
Rozdział 7: 25%
Rozdział 7: 25%
POPRAWIONE FABULARNIE: 3/8
POPRAWIONE JĘZYKOWO: 0/8
One Shot Miłość nie jedno ma imię - zostanie podzielony na rozdziały od 1-3 możliwie 4.
rozdział 2 0%
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą anabeth. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą anabeth. Pokaż wszystkie posty
28 kwietnia 2017
9 lutego 2016
Rozdział 6
Rozdział 6 Wątpiąc, dochodzimy do prawdy.
Diaval okręcił się na pięcie i odszedł, zupełnie ignorując
wołającą o pomoc Anabeth. Ścieżkę zasłaniała mu przydługa grzywka. On jednak
znał drogę na pamięć. Podleciała do niego jedna z wróżek. Stworzonko zaczęło
wymachiwać rękami i pokazywać na niego, a także groziło mu pięścią. Chłopak
machnął ręką, jakby odgarniał złośliwego komara. Wiedział doskonale co miała na
myśli. Nie miał jednak innego wyboru. Przystanął i popatrzył za siebie.
- Nie było innego wyjścia – powiedział, do siebie albo do
lecącej za nim wróżki, po czym zniknął. Stworzonko poddało się i wróciło do
swoich przyjaciółek. Tafla wody w końcu się uspokoiła. Anabeth zniknęła.
***
W tym samym momencie, kiedy piraci odzyskali wolność, Diaval
skończył pisać wykańczający sprawdzian z języka polskiego. Zadzwonił dzwonek, a
on z resztą klasy ruszył do wyjścia. Za progiem czekała na niego niewysoka,
czerwono-włosa dziewczyna. Jego dziewczyna. A raczej była. Dla dobra misji
zerwał z nią. Zresztą i tak był z nią tylko dlatego, że jej status społeczny odpowiadał
jego statusowi. Innymi słowy znalazł dziewczynę ze swojej, wyższej, ligi. Tak
właściwie nawet nie mieli wspólnych tematów. Westchnął i spojrzał na nią
lodowatym wzrokiem. Patrzyła na niego trochę wyzywająco, ale w głębi oczu widać
było zmartwienie. Nawet nie złość. Ręce miała przyłożone do piersi. Cienie pod
oczami wskazywały, że zarwała noc, a ślady łez na policzkach mówiły mu jak tą
noc spędziła. Jak on nie cierpiał zrywać
z dziewczynami… Zawsze były cyrki. Tak jak teraz.
- Tin mówiłem ci, żebyś mnie zostawiła w spokoju.
Zerwaliśmy, nie pamiętasz? – oparł głowę o ścianę i uśmiechnął się do niej
pokrzepiająco. Czerwono-włosa spuściła wzrok. Schował rękę do kieszeni i
mimowolnie odpłynął myślami do Anabeth.
- Ty nic nie rozumiesz… - zaczęła chlipać – ja nie mogę cię
stracić! Jesteś dla mnie ważny, nawet bardzo!
- To tylko puste słowa – powiedział, a uśmieszek zniknął z
jego twarzy. Powoli zaczynała go już irytować.
- Nieprawda! – płakała już otwarcie i patrzyła na niego
wielkimi, smutnymi oczami. Cała się trzęsła. Wyglądała okropnie w rozmazanym
makijażu, nieułożonych włosach i niedobranych ubraniach. Jak on w ogóle mógł na
nią zwrócić uwagę. Skrzywił się na wspomnienie ich pierwszego pocałunku.
- Tin. Przestań. Z tego i tak by nic nie wyszło. Znajdź
sobie kogoś innego, dobrze ci radzę. I więcej nie wchodź mi w drogę – po
ostatnim zdaniu wyminął ją i poszedł w tylko sobie znanym kierunku.
***
Jane Ross szła w zamyśleniu przez szkolny korytarz.
Zastanawiała się gdzie jest Ana skoro nie przyszła znowu do szkoły i jaki
udział w jej zniknięciu miał Diaval. Jane nie była głupią dziewczyną. Co to, to
nie. Mieli już odjeżdżać i brakowało tylko Anabeth i Diavala. Po kilku minutach
wrócił tylko blondyn. Mashimie dał kartkę, że niby Ana została u cioci w Kaprio.
Przecież to już było podejrzane! Ale nauczyciel tylko westchnął, dał reprymendę
uczniom by tak więcej nie robili jak ich koleżanka i wsiadł do autokaru.
Weszła do stołówki, a tam powitał ją jak zwykle dziwny
zapach obiadu i okrzyki niezdyscyplinowanej młodzieży. Z bufetu wzięła najmniej
dziwne jedzenie i poszła w stronę jej ulubionego stolika pod oknem. Kiedy szła,
ktoś – najpewniej jeden ze szkolnych drani, takich jak Loki – podstawił jej
nogę. Zachwiała się i jej spaghetti wylądowało na blond lowelasie i w jego
pomidorowej.
- Sorki – powiedział szybko, zasłaniając się pustą tacą – to
nie moja wina! Ktoś podstawił mi nogę. Przynajmniej masz więcej makaronu w
zupie – wskazała na jego talerz. Chłopak wybuchnął gromkim śmiechem. Trzeba
było przyznać, że nawet w sosie bolognese było mu do twarzy. Jane o czym ty
myślisz! – skarciła się w myślach. Popatrzył na nią, tak jakby ją oceniał. Nie spodobało jej się to i już miała
się chłodno pożegnać, kiedy usłyszała jego cichy, ale stanowczy głos.
- Usiądź. Porozmawiajmy chwilę – gestem wskazał jej miejsce
naprzeciwko siebie. O dziwo, mimo, że był jednym z najpopularniejszym chłopaków
w szkole zawsze jadał sam.
- Jak chcesz – wzruszyła ramionami i usiadła. – Ale nie
myśl, że na mnie działa ten twój piekielny urok – satysfakcje miała wymalowaną
na twarzy.
- Spokojnie – uniósł ręcę w obronnym geście. – Chciałem
porozmawiać na temat klubu.
- E?
- Niedługo będą drzwi otwarte i każdy klub ma się
zaprezentować rodzicom i takie tam…
- Z tym to nie do mnie, panie kolego!
- Diaval – podał jej rękę. Niechętnie wymieniła uprzejmości
i od razu schowała rękę, pod stół. – A właśnie do ciebie. Jak ci to
wytłumaczyć? – podrapał się w głowę. Udawał głupka. Jane od razu to zauważyła.
- Prosto i z mostu. Jak to ucznia pierwszej klasy
podstawówki.
- Mashima kazał mi, znaleźć ciebie, żebyśmy wspólnie zajęli
się programem artystycznym kółka
- powiedział na
jednym wdechu.
- To na serio nie do mnie – powiedziała z powagą. – Serio,
takimi rzeczami interesuje się Anabeth…
- Jak widzisz nie ma jej dzisiaj – przerwał granato - włosej,
co lekko ją zirytowało.
- A czyja to wina? – popatrzyła na niego. Czy ona coś wie? –
zastanowił się, ale szybko przybrał pozę niegrzecznego chłopca. Popatrzył na
nią z pod przymrużonych powiek. Podparł głowę na ręce. Innej dziewczynie na ten widok pewnie zmiękły
by nogi. I ręce. I w ogóle byłaby jak z galarety. Na Jane jednak nie robiło to
wrażenia. – Nie wysilaj się tak. Mam starszego brata. Doskonale znam te wasze
męskie zagrywki do dziewczyn – prychnęła, a potem przybliżyła się do niego. –
Przejrzę wszystkie twoje sztuczki i dowiem się prawdy Diaval.
- Proszę bardzo. Nie mogę się doczekać – powiedział i posłał
jej figlarny uśmiech. Zebrał swoje rzeczy, bo uznał rozmowę za zakończoną. Na
odchodne powiedział – I tak musimy zrobić ten projekt. Razem. Czy ci się to
podoba czy nie –patrzył na jej twarz, bez żadnych emocji. Odszedł od stołu. Po
chwili jednak usłyszał uderzenie w stół i ciche przekleństwo. Uśmiechnął się
pod nosem. Kiedy wychodził z sali, dostał sms - a. Wiadomość sprawiła, że
ciarki przeszły mu po plecach. Udał się do wyjścia ze szkoły. Jane, która
właśnie wychodziła ze stołówki zauważyła go. Podjęła szybką decyzję i ruszyła
za nim.
***
Szła za Diavalem już dobrą godzinę. Miała nadzieje, że
jednak jej nie zauważył. Starała się być bardzo cicho. Co dla niej, osoby,
której buzia nigdy się nie zamykała, było bardzo trudne. W końcu po długiej
wędrówce przez mroczny las – „Serio Diaval nie mogłeś na kryjówkę złoczyńcy
wybrać fabryki czekolady???!” – Jane zauważyła w oddali polanę. Blondyn już na
nią wchodził.
I zniknął.
Granato-włosa przystanęła w pół kroku z rozdziawioną buzią i
wielkimi oczami. Nie zważała, że może ja usłyszeć ktoś jeszcze – „ Chociaż kto
o zdrowych zmysłach byłby jeszcze na radosnym spacerku w tym przerażającym
lesie” – podbiegła do granicy lasu. Jeden krok i weszłaby na oświetloną łąkę.
Nic więcej. Więc, gdzie był Diaval? Wyciągnęła rękę przed siebie. Zniknęła aż
po łokieć. Cofnęła się szybko, prawie się przewracając. Znowu dzisiejszego dnia.
Instynkt – a ona zawsze polegała na nim jak i na sercu i intuicji, a rozum
zostawiała gdzieś z tyłu – podpowiadał jej, że tajemnica zniknięcia jej
przyjaciółki czai się właśnie za tym niewidzialnym czymś. Podeszła do skraju
lasu. Rozejrzała się, wzięła głęboki oddech i zrobiła krok do przodu.
Czuła się tak jakby przeszłą przez bańkę mydlaną. Otworzyła oczy. Na polanie
stał domek z ogródkiem i studnią. Jane przechyliła głowę ze zdziwienia, ale wzruszyła ramionami podeszła do okna. W środku chatka wyglądała zupełnie inaczej – jak mały szpital. Wszędzie kable, maszyny monitorujące funkcje życiowe i inne parametry. A wszystko było podłączone do jednej osoby.
Czuła się tak jakby przeszłą przez bańkę mydlaną. Otworzyła oczy. Na polanie
stał domek z ogródkiem i studnią. Jane przechyliła głowę ze zdziwienia, ale wzruszyła ramionami podeszła do okna. W środku chatka wyglądała zupełnie inaczej – jak mały szpital. Wszędzie kable, maszyny monitorujące funkcje życiowe i inne parametry. A wszystko było podłączone do jednej osoby.
Anabeth.
Jane krzyknęła na jej widok. Zaraz jednak skarciła się w
myślach, ponieważ nie wiedziała czy ktoś
jej nie usłyszał. Na pewno usłyszał. Po mamie miała ten operowy sopran.
Niestety! Zaczęła powoli wycofywać się z pod okna. Nagle ktoś złapał ją za
ramiona i obrócił w swoją stronę.
- Jane! – wykrzyknął Nereus.
- Nereus! – wykrzyknęła i ona. Nic już nie rozumiała. – Co
tu się dzieje!? Co jest z Aną??? Czemu jest tutaj, a nie w jakimś szpitalu
skoro coś jej się stało.
- Jane uspokój się. Wszystko ci wyjaśnimy – powiedział
Diaval, stojący w progu drzwi. Dziewczyna osłupiała widząc lowelasa w białym
kitlu. – To wszystko dla dobra Anabeth.
- Ta jasne. I mam ci uwierzyć? – powiedział Jane i
prychnęła. Wyswobodziła się z uścisku Nereusa i poszła do środka. Diaval grzecznie ją przepuścił. Rozejrzała się.
Parter domku zajmował mały aneks kuchenny, szafka na buty , lustro i szafa na
kurtki. Z drugiej strony był cały sprzęt i wielkie łóżko w którym spała
Anabeth. Wyglądała przynajmniej jakby spała. Coś i Autor weszli do środka za
nią.
- Tylko nie ubłoć, proszę. Sprzątałem cały dzień – powiedział
Nereus na co Jane przewróciła oczami. Podeszła do przyjaciółki i wzięła ją za
rękę.
- Zimna. Jak zawsze – westchnęła. Spojrzała zmartwionym
wzrokiem na pozostałą dwójkę. – Liczę na szczegółowe wyjaśnienia.
- To może kakao? – powiedział uśmiechnięty Nereus jakby
przyszła w odwiedziny na herbatkę. A tak naprawdę przeszła tą całą drogę, by
odnaleźć Anabeth całą i zdrową, a nie przypiętą do jakiś pikadeł i kabli.
Podeszła do niego i zmierzyła go wzrokiem, tak wściekłym, że Coś głośno
przełknął ślinę. Zaraz jednak odzyskał opanowanie. – Siadaj Jane – powiedział
naturalnym, swobodnym tonem. Zrobiła jak kazał. Założyła nogę na nogę, jak
miała w zwyczaju. – Diaval może ty opowiesz… Ja nie mam już na to siły – po raz
pierwszy odkąd tu przyszła zauważyła u Nereusa strach i zmartwienie.
- Ok – blondyn usiadł na podłodze przed Jane w siadzie
skrzyżnym. – Przygotuj się, bo to trochę dłuższa opowieść.
- Czy w takim wypadku nie można powiedzieć, żebyś się
streszczał?
- Niezbyt. Gdybym się streścił to nic byś nie zrozumiała –
zaśmiał się głucho i podrapał w tył głowy. Zdecydowanie nie wiedział jak
zacząć. Westchnęła.
- Nereus! To ja jednak poproszę to kakao!
__________________________________________________________________________________
Mam nadzieje, że nie zanudzi się ten kto to czyta, jeśli ktoś to czyta... Znalazłam bete - osobę od sprawdzania błędów jakby ktoś nie wiedział. Niestety jeszcze mi nie pomaga. Więc rozdział może być z błędami, długimi zdaniami itp.
W tym rozdziale postanowiłam skupić się trochę na tajemniczym i mrocznym Diavalu i gadatliwej, ale dbającej ponad wszystko o swoich przyjaciół Jane. Jednym słowem - rozwinęłam wątki poboczne. No i wystąpił kochany czarny kot!
Co się dzieje z Aną? Jaki w tym udział ma Diaval? A jaki Nereus?
O co w tym wszystkim chodzi?
Na te pytania i inne, które Wam się nasuną ( śmiało możecie je wpisywać w komentarzach) postaram się dać odpowiedzi w nadchodzących rozdziałach. Nie wiem, kiedy będzie 7 rozdział. Zresztą jak zawsze :).
Arjana
31 sierpnia 2015
Rozdział 5
Rozdział 5
" Dopóki człowiek żyje powinien spodziewać się wszystkiego"
Anabeth powoli dostawała choroby morskiej i lokomocyjnej w
jednym. Nie wiedziała ile dni tu już była. Zdążyła zaprzyjaźnić się z myszą,
sprawdzić wszystkie potencjalne drogi ucieczki ze sto razy, a także uszyć sobie
bardziej praktyczny strój. Od paru dni (chyba) przychodził do niej kapitan i po
prostu siedział naprzeciwko jej. Nic nie mówił. Po dziesiątej milczącej wizycie
nie wytrzymała.
- Ogarnij się człowieku! Po co tutaj w ogóle przychodzisz?
- Po nic. Nudzi mi się.
- Serio… - Anabeth się załamała. – Dokąd płyniemy?
- Do portu.
- A gdzie to?
- Na lądzie.
- Gdzie dokładniej? – naciskała. Dajmon westchnął.
- Do portu szkoły pirackiej w mieście Mogo.
- Acha, miasto Mogo. Po co tam płyniemy? – drążyła dalej.
Chłopak przewrócił oczami.
- Wiesz jesteś strasznie upierdliwa.
- A ty chamski. I co oboje z tego mamy? Nic.
- No wiesz. Wcale nie jestem chamski – obruszył się.
- Ach tak! – wstała i wskazała na niego palcem. – Jeśli nie
jesteś chamski to zaraz mnie przeprosisz, dasz mi pokój, normalne jedzenie i
tabletki na tą głupią chorobę morską! – odpowiedział jej tylko jego śmiech.
- Ty na serio myślisz, że jesteś jakaś niezwykła. Że powinno
się ciebie traktować ulgowo i na specjalnych warunkach?
- Niespecjalnie skoro jestem więźniem i w ogóle – odpowiedziała
od razu i bez zastanowienia.
- Właśnie.
- Ale pokój to bym mogła dostać?
- Masz ci los jaki mi się trafił pierwszy więzień. Nic tylko
marudzi – Dajmon załamał ręce.
- Skoro uważasz, że tylko marudzę to nie będę już nic mówiła
– powiedziała. Usiadła na skrzynce i patrzyła się cały czas na niego z
wyrzutem. Dopiero teraz zauważyła, że jego włosy są niesforne i często je
przeczesuje palcami. Kiedy nic nie mówił, strzelał oczami na boki. Był
zdenerwowany.
- Coś ci chodzi po głowie i nie daje spokoju, prawda? –
orzekła i podparła głowę na ręce.
- A jeśli tak, to co? – zapytał. Spojrzał na nią w inny
sposób. Oczekiwał jej odpowiedzi. Na jej twarzy pojawił się ledwo zauważalny
uśmiech.
- Mów. Wyrzuć to z siebie – powiedziała po chwili. – I tak
nie mam nic lepszego do roboty.
- No dobra – oparł ręce na kolanach i wziął głęboki wdech.
Patrzył się cały czas na podłogę. – Po raz pierwszy wypłynąłem z moją załogą w
prawdziwy piracki rejs. Do tej pory mieliśmy tylko ćwiczenia. Bo wiesz, chodzę
do szkoły pirackiej właśnie w Mogo – zatrzymał się na chwilę. – Są jeszcze inne
drużyny. Najlepsze są Amazonki. Prawie jesteśmy tak dobrzy jak one. Żeby wygrać
szkolne zawody, musimy jak najszybciej dopłynąć do miasta. Nie byliśmy tam od –
zamyślił się – czterech miesięcy. Teraz jest ostatnia prosta, a statek Amazonek
został daleko w tyle. Możemy wygrać – ostatnie słowa powiedział z mocą. Jakby
chciał tym sprawić, że jego marzenie w końcu się ziści.
- Ale o coś się boisz? – zagadnęła. Popatrzył na nią i
kontynuował.
- Amazonki zawsze mają jakiegoś asa w rękawie. Zazwyczaj
bardzo skutecznego.
- Są przebiegłe?
- I to bardzo. Jeśli jest tak mało czasu do portu jak teraz
i dwa statki płyną jednocześnie to musi rozegrać się między nimi bitwa. Taka na
serio.
- Znaczy, że one mogą… - domyśliła się o co się boi. Zakryła
usta ręką.
- Tak mogą zabijać. Zresztą my też możemy.
- A więźniów?
- Nie więźniów nie zabijamy – powiedział. Odetchnęła z ulgą.
– Tylko torturujemy – dopowiedział. Zaśmiał się, bo była przerażona. Tą „ miłą”
rozmowę przerwało im pukanie do drzwi. Do składziku ( jak zwał tak zwał) wszedł
wysoki, muskularny mężczyzna.
- Kapitanie musimy się pośpieszyć! West zauważył statek
Amazonek! – Dajmon poderwał się na równe nogi.
- Wybacz, ale musimy kończyć nasze pogaduchy. Nie odpowiadam
za turbulencje.
- Chwila! Jakie turbulencje?! – krzyknęła, ale nikt jej nie
odpowiedział. Znowu została sama.
***
Słyszała krzyki i wystrzały armat. Piszczała z przerażenia.
Nagle wydało jej się, że duża grupa ludzi schodzi pod pokład. „Może piraci
kapitulowali? – myślała – Może Amazonki ich pokonały i mnie uwolnią?”. Ktoś
mówił coś do swojej załogi. I nie był to głos Dajmona. Anabeth schowała się za
skrzyniami. Strach wygrał ze zdrowym rozsądkiem. Zauważyła kałuże, która ciągle
się powiększała. Tonęli. Do kantorka wtargnęły dziwnie ubrane dziewczyny. „ Co
zrobią jak mnie znajdą – myślała – Uratują, zabiją…”. Wyjrzała zza wielkiej
skrzyni, która pachniała rybami. Niektóre z Amazonek pozostały przy drzwiach,
gotowe w każdej chwili pobiec na górny pokład. Z dwie lub trzy przeszukiwały
większe torby i pudła. Ana wstrzymała oddech i wcisnęła się jak najbardziej w
dziurę pomiędzy ścianą, a skrzynią. Czuła jak jej ubranie moknie. Widziała
cienie przesuwające się niebezpiecznie blisko niej. Usłyszała kogoś jakby z
oddali.
- Dziewczyny! – zawołał piskliwy głos. – Jesteście potrzebne
na głównym pokładzie! Nie wiadomo jak, ale te pirackie ciamajdy uwolniły się…
Kapitan karze wszystkim zostawić to co teraz robią. Już!
Anabeth odetchnęła z ulgą. Słyszała jak wszystkie piratki
pędzą by wspomóc swoją kapitan. Przesunęła rękę i natrafiła na dziurę. Sięgnęła
w głąb niej. Poczuła coś opuszkami palców. Było gładkie i zimne. Wyciągnęła się
jeszcze bardziej. Okazało się, że była to butelka. Była brudna od szmalu. Coś
się w niej znajdowało. Ana odkorkowała ją. Na jej kolana wypadła zrulowana
kartka. Otworzyła ją, mając przy tym dziwne przeczucie. Było napisane tam tylko
jedno słowo. WALCZ. Ktoś jednak wiedział, że tu jest! Mógł ją uratować. Oczekiwał
od niej tylko jednego –walki. Z kim? Z Amazonkami. Wzięła głęboki oddech. Jak
najciszej wyszła zza pudeł. Podłoga zatrzeszczała. Mruknęła coś pod nosem.
Zdecydowała, że zdejmie buty. Włożyła je do skrzyni. Trochę tego żałowała, bo
na pewno przejdą zapachem ryb, ale już trudno…
Na paluszkach podeszła do drzwi. Uśmiechnęła się. Były lekko
uchylone. Wyjrzała. Kiedy nikogo nie zauważyła, po kilku głębszych oddechach,
wyszła po raz pierwszy od kilku dni z tego pokoju. Światło na korytarzu było
jaśniejsze. Statek miarowo się unosił. Zaczęła szukać składu amunicji. Nie mógł
być na najniższym pokładzie, ponieważ proch mógł zwilgotnieć. Ona była na
drugim od góry. Znaczy, że była na właściwym piętrze albo musiała pójść o jedno
wyżej. Biegła. Co chwila sprawdzała kolejne pokoje. Szukała na kolejnym pokładzie.
Minęłaby jeden korytarz, ale wydał jej się dziwny. Pomieszczenie za drzwiami
musiało być duże. Otworzyła drzwi i zaczęła po cichu skakać z radości.
- Teraz tylko… Co tu wybrać? – podeszła najpierw do stojaka
z bronią palną. Duże strzelby, pistolety… więcej nie rozróżniała. Znalazła
proch. W duchu podziękowała dziadkowi, że nauczył ją załadowywać broń. Za
prowizoryczny pasek zabrała także noże, a do kieszeni kilka cuchnących kulek. Miała nadzieje, że okażą się bombami. Zebrała
włosy. Obcięła nogawki spodni, a z materiału zrobiła chustkę i zawiązała ją na
szyi. Kiedy już była gotowa stanęła przed drzwiami. Do tej pory miała
wyznaczony cel, ale teraz…
- Co ja sobie myślałam? – zapytała samą siebie. – Ja jestem
jedna. Ich jest więcej niż tuzin. Na serio… Przecież one pokonały chłopaków… -
westchnęła. – Co ja mam zrobić? Jak je pokonać? – załamała się. Wpadła na
pomysł. – Co by zrobił Nereus?... Oczywiście zaatakowałby je z zaskoczenia!
Tylko, że ja nie umiem walczyć… Ale na tym statku jest ktoś kto potrafi! - po
chwili miała już obmyślony plan.
***
Najciszej jak mogła
podeszła do schodów. Wspięła się kilka stopni. Na wyciągnięcie ręki miała otwór
i podłogę na wyższym pokładzie. Spojrzała uważnie, ale nikogo nie zauważyła
przy wejściu. Odetchnęła z ulgą. Poczuła jak jej dłonie drżą ze zdenerwowania.
- Zdecydowałaś się na to, więc teraz nie ma odwrotu –
powiedziała do siebie. Zdecydowanym ruchem wyciągnęła „bombę” z kieszeni. Nogi
się pod nią ugięły. Potrząsnęła głową jakby to miało oczyścić jej umysł.
Delikatnie położyła przedmiot na podłodze. Nacisnęła czerwony przycisk i
puściła ją przez korytarz. Dźwięk toczącej się kuli sprowadził dwie
strażniczki.
- Co do… - powiedziała jedna o kruczoczarnych włosach i
bliznach na twarzy. Od początku, kiedy tylko została puszczona, bomba
wypuszczała ze środka strużkę odurzającej pary. Lecz, kiedy piratki wpadły na
nią wystrzeliła ogromny strumień dymu. Wprost w twarze dziewczyn. Obie z mętnym
wzrokiem, pokołysały się chwilę i padły na ziemie. Przed buty Anabeth, której
twarz była za szmatką. Zakładniczka zaciągnęła śpiące królewny do kajuty i
zaryglowała drzwi.
- Słodkich snów – powiedziała na odchodnym, w ręku trzymając
kolejne bomby dymne. Kiedy tylko słyszała jakiś hałas, w korytarzu lub kajucie
przystawała i wrzucała metalowe kule. Los chyba chciał, żeby uwolniła tych co
ją porwali, ponieważ bez przeszkód dotarła do głównego pokładu. Wyjrzała przez
okno. Klatka z załogą pilnowana była przez cztery strażniczki. Czerwonowłosą,
złotowłosą, fioletowłosą i granatowłosą. Wszystkie były lekko znudzone swoim
zadaniem. Czasem któraś ziewnęła. Anabeth postanowiła to wykorzystać. Jakiś
chłopak w więzieniu zajął je niezbyt miłą rozmową. Kiedy się odwróciły, Anabeth
czmychnęła za drewnianą balustradę. „ No dobra – pomyślała. – Teraz tylko to
rzucę tam i uwolnię chłopaków. Tylko, która z nich ma klucz??? – pisnęła w
głowie. Zaczęła szperać w kieszeniach. Znalazła wcześniej przyszykowany kamień.
Słyszała nadal podniesione głosy. Postawiła wszystko na jedną kartę. Rzuciła.
Kamień odbił się od beczki i wyleciał na niższy pokład. Zrobiła nie małe
zamieszanie. Tak jak planowała.
- Wy dwie – usłyszała – idźcie to sprawdzić – rozkazała
jedna z wojowniczek. Anabeth zastanawiała się, która dwójka poszła. Dla
bezpieczeństwa, postanowiła zrobić bałagan w jeszcze jednym miejscu. Załadowała
pistolet i zrobiła najgłupszą rzecz na świecie… Przeturlała się na prawą stronę
balustrady. Na szczęście, nie wydała żadnych głośniejszych dźwięków. Więźniowie
bowiem znowu kłócili się ze strażniczkami. „ Po tej akcji na pewno będę musiała
sobie zmierzyć ciśnienie” – pomyślała w pośpiechu. Wycelowała w ścianę balkonu naprzeciwko.
- Cel, pal – wyszeptała do siebie. Huk wystrzału trochę ją
ogłuszył, ale była zadowolona z efektu. Już go nawet słyszała.
- Idę sprawdzić co tam się stało – powiedziała ta sama
dziewczyna, która wcześniej wydała rozkazy. – Pilnuj się.
Anabeth uśmiechnęła się pod nosem. Kiedy jedna z nich
powiedziała „pilnuj się” do drugiej było dla niej jasne, że ta, która zostaje
przy klatce ma przy sobie klucz. Modliła się teraz tylko o to, by starczyło jej
czasu oraz szczęścia. Powoli i najciszej jak tylko mogła podeszła do
złotowłosej, która była odwrócona do niej tyłem. Nagle dziewczyna odwróciła
się. Lecz Anabeth była szybsza i piratka miała teraz sztylet przy gardle.
- Bądź cicho – ostrzegła ją. Rozwiązała swoją chustkę i
podała ją dziewczynie. – Wiesz do czego służy knebel, prawda?- zapytała z
błyskiem w oku. Tamta, wyraźnie bardziej ceniąca swoje życie niż prace,
pokiwała głową. Ana poprowadziła ją na drugi koniec statku. – Stań do mnie
tyłem – poprosiła. Po chwili uderzyła ją rękojeścią w tył głowy. Złotowłosa
osunęła się na ziemie. – Wiem, że zrobiłam to nie humanitarnie i mam nadzieje,
że szybko wydobrzejesz, ale na razie… - mówiła do niej, kiedy ją przeszukiwała
i zamykała w kajucie kapitana – musisz trochę pospać. Na razie!
Podeszła do klatki. „ Jak im się udało tutaj to przynieść? A
zresztą. Ważne żeby uwolnić Dajmona!” Jak postanowiła tak zrobiła. Podeszła do
drzwi.
- Puk puk – zapukała.
- Kto tam? – usłyszała głos Flina.
- Hipopotam.
- Hipcio? – chłopak zabrzmiał jak mała dziewczynka.
- Nie głupku. To ja. Anabeth. – powiedziała i pokazała się w
okienku.
- Anabeth? -
powiedział Flinn i zaraz został odsunięty od kraty przez swojego
kapitana.
- Masz klucz!? – zapytał zdenerwowany Dajmon.
- No wiesz – ofuknęła go. – Uwolniłam się sama, przyniosłam
wam broń, załatwiłam strażniczki, a ty masz czelność pytać się jeszcze o
klucz?! Nie, wiesz, nie mam. Uwolnię cię
wsuwką – patrzył na nią jak na idiotkę. Po prostu uchodziły z niej emocje ostatnich
trzydziestu minut. – Mam. Oczywiście, że mam.
- No to otwieraj! – krzyknął, trochę za głośno, Flinn.
- Już spokojnie! Nie gorączkuj się tak!
- Dziewczyny no dalej! Ktoś jest przy klatce! – usłyszała
Anabeth. Wojowniczki były już blisko. Jeszcze tylko chwile…
- Otwarte! – wykrzyknęły w jednym momencie. Anabeth i kapitan
Amazonek – Lorina Lit. Drzwi otworzyły się. Zgraja głodnych zemsty piratów
ruszyła na dziewczyny. Ana zdążyła jeszcze niektórym dać pistolety i granaty.
Spostrzegła, ze w krótkim czasie zacięta bitwa przeniosła się na cały statek.
Nagle jakby spod ziemi wyrosła Lorina. Jej czerwone oczy łypały na nią groźnie.
Wymierzyła pistolet w twarz Anabeth.
- Ty! Byłam przygotowana na zasadzkę, sztorm, ba nawet na
mieliznę… Żeby pokonał mnie ktoś taki jak ty! – wysyczała. Autorka przełknęła
głośno ślinę.
- To nie na niej powinnaś wyładować swoją złość i gorycz,
tylko na mnie Lorino.
- Zamknij się Dajmon – powiedziała i wymierzyła w niego
drugim pistoletem.
- Hej, ludzie to nie musi się tak skończyć – powiedziała
Anabeth i uniosła ręce w obronnym geście. Pani kapitan była przygotowana do
strzału…
- Padnij! – usłyszała głos Dajmona. Jak kazał tak zrobiła i
teraz na czworakach uciekała. Obejrzała się. Kapitanowie walczyli ze sobą. Tylko
oni. Co zdziwiło Anabeth.
- No już podnieś się – powiedział do niej Flinn i pomógł jej
wstać. Popatrzyła na niego zdziwiona. Dziewczyny i chłopacy stali koło siebie i
nie walczyli ze sobą.
-Eee – wydała tylko z siebie Anabeth i popatrzyła pytająco
na pirata.
- Jakaś ty nierozgarnięta… Kiedy kapitanowie walczą, załoga
ma obowiązek się temu dobrze przypatrzeć. Nie musi walczyć. Jeśli Lorina wygra –
przegramy.
- Ale jeśli to Dajmon wygra… Zwyciężycie! – wykrzyknęła Ana
i zaczęła dopingować kapitana Krwawego Ognia. Reszta podchwyciła jej pomysł.
Patrzyła jak unika ciosu i jak kontratakuje szablą. Może jej się wydawało, ale
chyba posłał w jej stronę uśmiech. Poczuła, że się czerwieni. Walczący
wyglądali jakby tańczyli. Czar prysł, kiedy Lorina skorzystała z nieuwagi
Dajmona i skaleczyła go w nogę. Padł na ziemie, ale nadal się bronił.
- Widać Mogo! – krzyknął ktoś z dziobu. Nastąpił nagły zwrot
akcji. Teraz to Dajmon, chociaż był ranny, miał przewagę. Skaleczył
przeciwniczkę w rękę. Lorina wypuściła z dłoni miecz. Miała teraz koło szyi
szable Dajmona. Jednak uśmiechnęła się przebiegle. Szybko przystawiła pistolet
do brzucha chłopaka.
- Poddajesz się? – zapytał.
- Nie czujesz? – zapytała i docisnęła broń jeszcze bardziej
do ciała. – To ja wygrałam!
- W sumie – Anabeth usłyszała głos za sobą. Odwróciła się i
zobaczyła starego mężczyznę, który opierał się na lasce. Miał kapelusz piracki,
a przy pasie złote pistolety.
- Profesorze! – krzyknęli Dajmon i Lorina.
- Dacie mi skończyć wy szczurki lądowe! – tym wybuchem
przeraził nieco Anę. – W sumie jest remis.
- Remis! – krzyknęła pani kapitan.
- Tak, panno Lit – remis. W tym roku Amazonki podzielą się
zwycięstwem z Krwawym Ogniem. Zrozumiano?!
- Ale, ale…
- Nic to – powiedział Dajmon i opuścił szable. – To była
dobra walka Lori – wyciągnął do niej rękę.
- To nie byłą za grosz uczciwa walka! Gdyby nie ona –
wskazała pistoletem na Autorkę – przegralibyście z kretesem! Nigdy więcej nie
nazywaj mnie Lori!!!
- Lorino odłóż ten pistolet – poprosił grzecznie chłopak.
- Nie zamierzam – powiedziała i popatrzyła w oczy Anabeth. –
Giń! – krzyknęła i nacisnęła spust. W ostatnim momencie Dajmon rzucił się na
nią, a kula ledwo ominęła głowę Autorki. Anabeth osunęła się na ziemie. Była
przerażona, zdezorientowana i jedyne czego chciała to wrócić do domu. Zaczęła
cicho płakać.
- Hej – podszedł do niej Dajmon. Ukucnął żeby go widziała. –
Rany, ale z ciebie beksa…
- Ty nie wiesz … przez co ja… przeszłam! – zakryła oczy.
- Spokojnie. Doskonale zdaje sobie sprawę z tego co dla nas
zrobiłaś – podrapał się w tył głowy. – Chciałem ci podziękować.
- A… dostanę … pokój? – pociągnęła nosem.
- Może nawet z łazienką.
- Serio! – oczy jej się zaświeciły.
- Nie obiecuje. Ale zostaniesz sowicie wynagrodzona.
Obiecuje – popatrzył na nią ciepło. Podał jej rękę i pomógł wstać. Anabeth
przetarła oczy. – Tak na marginesie… Jak ci na imię?
- Lusija – powiedziała, chociaż chciała powiedzieć Anabeth.
-„ Od teraz grasz role Lusiji Parker. Córki sławnego
hiszpańskiego kapitana. Musisz ochronić życie Lusiji” – usłyszała w swojej
głowie głos Mashimy.
-„ Pan Mashima! Czemu cofnęłam się w czasie? Co ja tutaj
robię?”
- „ Musisz sobie radzić sama. Pamiętaj musisz ocalić życie Lusiji.”
- „ Jak?”
- „Po prostu do pewnego momentu musisz być nią i tyle.
Uważaj na siebie Anabeth.”
„ Muszę być nią?” – spojrzała na swoje dłonie były mniejsze
niż zapamiętała. Do tego była niższa. I dopiero teraz zauważyła, że ma blond
włosy.
- Co!!! – krzyknęła. Dajmon spojrzał się na nią. – Aaa nic,
coś sobie tylko pomyślałam…
Dajmon poprowadził ją na schody. Stanęli, a Dajmon uniósł ich
razem splecione dłonie i powiedział:
- Od teraz Lucija jest członkiem Krwawego Ognia!
- Co!!! – krzyknęli wszyscy, a najgłośniej chyba Ana.
- Chce ci podziękować, a także dać status pirata… To zapewni
ci łazienkę – ostatnie zdanie powiedział jej na ucho.
- Serio!? – popatrzyła na niego. Kiwnął głową. – Dziękuje i oczywiście
przyjmuje.
- Na trzy! – zawołał Dajmon. – Raz, dwa, trzy…
- Wiwat Lusija!!! – krzyknęła cała załoga. Anabeth zaczęła
się śmiać. Może życie wśród tych ludzi, przez pewien czas nie będzie, aż takie
złe?
- Dopływamy do Mogo! – krzyknął West. Teraz okrzyk radości
był jeszcze większy. Spojrzała na Dajmona. Cieszył jak nigdy. Popatrzył na nią.
- A tak naprawdę – powiedział – to jak masz na imię?
- Lusija – powiedziała. – Naprawdę Lusija. Możesz mi mówić
Lusi.
- Tak więc Lusi – podprowadził ją do burty. – Witaj w Mogo.
![]() | ||
| Port w mieście Mogo |
__________________________________________________________________________________
Ta-dam! Oto 5 rozdział... Po jakim czasie... Teraz będzie jeszcze gorzej. Egzamin gimnazjalny w tym roku. Okropność. Nasz Ana ma dość pokręcone życie. Za przyjaciela ma kota, chłopak w którym się zabujała wrzucił ją do stawu na rybki dzięki czemu przeniosła się w czasie, trafia na piratów i musi udawać inną osobę. Do tego co się stało z Lusiją? I co dalej będzie pomiędzy Anabeth i Dajmonem? Czy Anabeth szybko powróci do swojego świata? Bo w sumie, czy to nie jest bajka... Którą musi uratować.
O nie! Za dużo zdradzam! To przez te upały. Co myślicie o tym szablonie ( różowym) i mam nadzieje, że teraz możecie już dodawać komentarze... Prawie 4 strony A4 napisałam w dwa dni - jestem z siebie dumna. Mam nadzieje, że ten rozdział się wam spodobał nie był ani za długi ( bo krótki też nie jest), nie było też w nim za dużo opisów ani też za dużo dialogów. Tylko jedynie akcja.
Chciałam także podziękować za każdy komentarz z osobna. Bardzo, bardzo dziękuje!
I nie mam kompletnie pomysłu na rozdział 6, więc szybko się go nie spodziewajcie.
Arjana
P.s. A tak teraz wygląda Anabeth jako Lusija.
Zdjęcie Amazonek znajdziecie w Bohaterach w menu.
7 maja 2015
Rozdział 4
Rozdział 4
Ahoj przygodo! Czyli początek morskiego wcielenia.
- Anabeth! – zawołała Jane kiedy zauważyła swoją koleżankę
na horyzoncie. Brązowowłosa odmachała jej i powiedziała coś do naburmuszonego
Nereusa. Ten prychnął i przyśpieszył tak, że już po chwili byli obok
dziewczyny. – Co znowu się stało?
- Jedziemy do Aquaparku. To się stało! – powiedział z
wyrzutem chłopak.
- Mogłeś zostać w domu. Nie kazałam ci przecież ze mną
jechać! – powiedziała zirytowana Ana. Od rana miała z nim same problemy. Naprawę
by się cieszyła, kiedy by został w Lilium. Zwłaszcza, że chciała dowiedzieć się
więcej o nieznajomym, przystojnym blondynie o imieniu Diaval. Myślała o nim
coraz częściej. Zwłaszcza jaki jest, co lubi, jak się uczy. Tyle pytań
kotłowało się w jej głowie! Niestety, nie mogła mu zadać ani jednego. Od
spotkania z Mashimą nie widziała go w szkole, a przecież minął już dobry
miesiąc. Westchnęła. Po chwili zauważyła świdrujące spojrzenie Nereusa. – Mam
coś na twarzy?
- Nie.
- Spoko.
-Spoko.
-Świetnie.
-Świetnie.
- Idziemy? – zapytała Jane zmęczona rozmową pozostałej
dwójki.
- Tak! Jesteśmy już spóźnieni! – wykrzyknęli w jednym
momencie i razem pobiegli w stronę szkoły.
***
- Czy wszyscy już są?
![]() |
| Kaprio |
Około 4 nad ranem kierowca zarządził postój. Ana jako jedyna skorzystała z możliwości wyjścia na zewnątrz. Ale czy aby na pewno tylko ona? W pobliżu parkingu było małe wzniesienie, które zaraz miało zostać skąpane w blasku wschodzącego słońca. Usiadła czekając na brzask. Mokra trawa poruszała się w rytm wiatru. Usłyszeć można było ćwierkanie ptaków. Las który rozpościerał się za wzniesieniem zaczynał budzić się do życia. Zamknęła oczy. Po chwili poczuła ciepło pierwszych promyków na twarzy. Wstała by lepiej widzieć wielkie, czerwone słońce i bladoróżowe chmury. Chłodny wiatr zerwał wstążkę którą miała zaplecione włosy. Wpadła ona w ręce blond włosego chłopaka. Popatrzył na brązowowłosą i nie mógł uwierzyć w to co widzi. Była piękna, otaczała ją złoto-czerwona łuna słońca, które zasłoniła, a wiatr rozwiewał jej niebieską sukienkę. Brązowe oczy były pełne zdziwienia. Chyba pokochał te oczy. Oczy, które patrzyły teraz tylko na niego.
Zaraz jednak się opanował. Znowu przywdział maskę
buntownika. Podszedł do niej. Z bliska nie wydawała mu się już taka idealna.
Lecz to sprawiało, ze była jeszcze piękniejsza. Pocałował wstążkę sprawczynie
tego zdarzenia i włożył jej do ręki. Jaka krucha – pomyślał – jak porcelana.
Odszedł. Odwróć się, odwróć! – myślała. Zrobił to. Zauważył na jej twarzy
uśmiech i iskierki w oczach.
- Dziękuje Diaval! – zawołała, kiedy szedł w stronę busa. Uśmiechnął się, idąc dalej. Podbiegła
do niego i stanęła z nim twarzą w twarz. – Słyszałeś? Dziękuje.
- Nie potrzebuje podziękowań od podlotka i podróbki Autora –
powiedział i popatrzył na nią chłodno. Zbił ją z tropu. Na tym mu zależało. Uśmiechnął się pod
nosem i wyminął ją.
- Słuchaj ty! Nie jestem żadnym podlo coś tam…
- Podlotkiem.
- Mniejsza. Ani podróbką Autora! Pokaże ci na co mnie stać,
więc się przygotuj! – właśnie poznał jej trzecią twarz. Wtedy kiedy wszedł jej
ktoś na ambicję. Była jak otwarta księga. Zaczęła go intrygować już nie ze
względu na wygląd, ale też przez charakter.
- To co zaczynamy – otoczyła go aura jego mocy.
- Nie teraz. Jestem zmęczona – powiedziała i poszła do
busa. Wsiadając pokazała mu język.
Rozbawiło go to. Kiedy ostatnio rozśmieszyło go coś? Nie pamiętał. Zapowiadało
się coraz ciekawiej.
***
- Panienki gotowe?
- Już! Chwila! – dało się słyszeć z szatni.
- Co oni tam tak długo robią no?! – mówiła zbulwersowana
Jane. – Przecież to my jesteśmy
dziewczynami. Mashima – sensei możemy już iść!
- Prosimy! – powiedziały wszystkie.
- Czuję że woda i dziewczyny w bikini mnie wołają! – zawołał
Loki, który właśnie wybiegł w szaleńczym tempie z szatni. Nauczyciel nawet nie
zdążył powiedzieć, żeby nie biegał, a ten już wylądował na swoich czterech
literach. Reszta chłopaków po chwili też do nich dołączyła.
- Życzę wam miłej zabawy moi drodzy. Cieszcie się tym wolnym
czasem. Ja jakby co będę w barze – z błogą miną mówił i myślał jakie to drinki
sobie zamówi. Chociaż nie! Nie może, jest przecież opiekunem. Ale może jednego,
a potem kolejnego. Skończyło się to potem tak, że Luca z Shunem musieli go
targać do busa nieprzytomnego.
***
Parę godzin później Anabeth upadła wykończona na leżak.
Najpierw z Midori poszły zjeżdżać zjeżdżalnią,
która miała tyle zakrętów ile górska droga. W duchu dziękowała sobie że
nie chciała jeść dziś dużo na śniadanie. Nie chciała wyglądać jak Jane, która
dostała choroby morskiej od samego stania na atrapie statku pirackiego. Potem,
kiedy niebiesko włosa wydobrzała, zabrała ją na nurkowanie z rybami. Pomińmy
fakt, że Alexandra, która im towarzyszyła została prawie zjedzona przez jedną pływającą
istotę. Dziewczyny odeskortowały ją do lekarza, gdzie wszystko było w porządku
oprócz psychiki pacjentki. Postanowiła ona więcej nie pływać i potowarzyszyć
Mashimie w barze. Po obiedzie Anabeth postanowiła spróbować swoich sił i
przekonać Nereusa, żeby popływał. Lepiej tego nie opisywać bo są to zbyt
drastyczne sceny próby ucieczki Cosia. Później Ana popływała sama i skorzystała
z kolejki górskiej którą objechała całe miasto. Pod koniec zauważyła
wysiadającego blondyna z wagonika przed nią. Poszła za nim, ale po chwili straciła
go z oczu, w tłumie. Wróciła do Aquaparku gdzie znowu pływała, bawiła się i
zjeżdżała z Midori i Jane.
![]() |
| Jedna z atrakcji Kaprio |
Raz spotkała
samotnego Lucę z miną zbitego psa.
- Czemu jesteś smutny Luca? Nie podoba ci się tutaj? –
zapytała.
- Jestem przygnębiony ponieważ… nie wiem gdzie jest Diaval!
– takiej odpowiedzi się spodziewała, ale to co mówił potem zbiło ją z tropu. –
Ten łoś miał tu już być 32 minuty i 16 sekund temu! I co, jest jak zawsze kiedy
ten idiota …
Ana postanowiła go zostawić, ponieważ nie wiedziała co w
złości może zrobić ten chłopak. Nawet kiedy odeszła na kilka dobrych metrów
słyszała niemiłe epitety mówione pod adresem blondyna. Z przykrością jednak
stwierdziła, że tej części parku nie zna. Do tego Luca gdzieś zniknął, a w
pobliży ani żywej duszy.
- No to klops…
Tak oto po kilku godzinach szukania opadła na swój leżak.Naprawdę jednak minęło pół godziny.
- Mam dosyć wszystkiego… Ludzi, Cosiów, rybek, wody… - mówiła do siebie, kiedy nagle... Chlup! Na
całe pomieszczenie dało się słyszeć śmiech Lokiego.
- Wyglądasz jak topielec! –zawołał do Any będącej w basenie.
- Wielkie dzięki Loki! A wiesz co? Nie jest jeszcze tutaj, aż
tak źle. Może ty też powinieneś spróbować – kolejne chlup i chłopak wylądował
koło niej. Popatrzył na nią spod byka. Ona była gotowa do ucieczki. Po chwili
jednak zaczął się śmiać, a ona razem z nim.
***
Słońce powoli zachodziło. Anabeth jako ostatnia wyszła z
szatni. Rozejrzała się. „ Serio! Wszyscy już poszli… Gdzie oni są?” – myślała.
- Głupie, długie włosy – powiedziała do siebie.
- Jak włosy mogą być głupie? – znała ten głos. Jego
właściciel stanął przed nią.
- O Diaval! Jak dobrze, że jesteś. Wiesz może gdzie reszta
grupy? – udała, że nie usłyszała jego słów. Westchnął i odgarnął niedbale swoje
włosy.
- Są na zewnątrz. Chodź, najpierw chce ci coś pokazać.
- Co? – zapytała jak małe dziecko.
- Zobaczysz – powiedział z tajemniczym uśmiechem na twarzy i
złapał ją za rękę. Nie protestowała.
Okazało się, że za Aquaparkiem znajduje się mały las.
Blondyn prowadził ją tak jakby znał to miejsce od dawna. Wiedziała za to, że
Nereus nie pochwalił by jej eskapady. Zwłaszcza z Diavalem. Lecz nie potrafiła
się oprzeć ciepłu bijącemu z jego ręki. Trafili nad jeziorko. Ostatnie
promienie słońca ogrzewały ich buzie. Z lasu zaczęły wylatywać świetliki.
Tworzyły małe grupki, a potem dołączały się do kolejnych. Robiły to z taką
gracją. Jeden zatrzymał się obok Any na wysokości twarzy.
- Co to! – zawołała. W miejscu świetlika była mała istotka z
dużymi, szpiczastymi uszami, wielkimi oczami i parą świecących skrzydeł. Miała
długą sukienkę z płatków kwiatów. Cała jej postać błyszczała. Zaczęła się śmiać
z Autorki która jej się przyglądała. Chyba coś powiedziała, ale nie można było
zrozumieć.
- Nigdy nie widziałaś wróżki? – zapytał Diaval. Uśmiechnął
się pod nosem. Wróżki zawsze były ciekawym zjawiskiem. Nie spodziewał się
nawet, że tak szybko ją zaakceptują i pokażą jej swoją prawdziwą formę.
- Piękne – powiedziała cicho, a istotka dygnęła w podzięce.
Gestem przywołała koleżanki. Przyniosły kwiaty. Okrążyły głowę Any i wplotły je
jej we włosy. Kiedy były tak blisko twarz Anabeth także jaśniała.
- Ładnie by ci było ze skrzydłami –stwierdził chłopak i
uśmiechnął się do niej zawadiacko. Ona spłonęła rumieńcem. – Chodź jest jeszcze
coś – poprowadził ją w stronę jeziorka. Kiedy odwróciła głowę zauważyła smutną
minę pierwszej wróżki, którą spotkała. Pomachała głową jakby chciała
powiedzieć, że ma tam nie iść. Szybko spojrzała znowu na tył jego głowy.
Woda mieniła się wszystkimi kolorami tęczy. Nie wiadomo
gdzie pod wodą powstawało światło, które potem odbijało się od łusek
wielobarwnych ryb i oświetlało brzeg. Kiedy Ana patrzyła w wodę, Diaval zebrał
dwa małe kwiatki.
- Zagrajmy w grę – powiedział. – Jeden kwiatek dla ciebie,
jeden dla mnie – podał jej roślinę. – Ten kwiatek, który popłynie szybciej i dalej
wygrywa.
- Czemu to ma służyć?
- Możemy się o coś założyć - powiedział.
- A o co?- dopytywała się.
- Powiedzmy... - zastanowił się. Przynajmniej sprawiał takie wrażenie. Lecz on miał już góry ustalony cały plan działania. - O przysługę. Jeśli ja wygram ty coś zrobisz dla
mnie, jeśli ty wygrasz ja zrobię co tylko będziesz chciała.
- Zgadzam się – powiedziała i wyniośle uniosła głowę. Liczył
właśnie na taką odpowiedź. Nie zdawała sobie nawet sprawy z niebezpieczeństwa. „
Co za ufna dziewczyna” - pomyślał. Zamierzał to wykorzystać.
- Trzy, dwa , jeden… Start! – położyli kwiaty i zaczęli
dmuchać. Roślina Diavala wysunęła się na prowadzenie. On jeszcze się wychylił i
dmuchał dalej. Nie mogła przegrać, więc także się wychyliła. Ręka, na której
się opierała, ześlizgnęła się i Ana wpadła do wody. Kiedy się wynurzyła, jego
nigdzie nie było.
- Diaval! Diaval! – krzyczała. Postanowiła sama wydostać się
na brzeg. Nagle złapało ją coś za nogę i zaczęło ciągnąć w dół. Rozpaczliwie
złapała ostatni oddech i znalazła się pod wodą. Ryby ją okrążyły. Druga noga
została także złapana. Próbowała się skupić na wymyśleniu Cosia, ale brak tlenu
skutecznie jej to uniemożliwiał. Ryby wpływały wokół niej co raz szybciej. Znalazła się w
środku kolorowego wiru. Może to przez brak tlenu, ale wydawało jej się jakby ryby szeptały jakieś zaklęcie. Wypuściła ostatnie bąbelki powietrza. Straciła
przytomność.
***
Słońce ją oślepiało. Słyszała głosy ludzi. Otworzyła oczy i
prawie utonęła, ponieważ przykryła ją fala. Wypłynęła i rozejrzała się dookoła. Znajdowała się na pełnym
morzu. Kilka metrów dalej płynął statek. Nagle ktoś z niego wyskoczył. Płynął w
jej stronę. Pojawił się przed nią białowłosy chłopak.
- Może panią podwieźć?
- A wie pan, że chętnie – powiedziała i chętnie uczepiła się
jego ramienia. Razem dopłynęli do statku. Ostatkiem sił wdrapała się na pokład
statku. Powitał ją krąg mężczyzn wyglądających jak piraci. Poczuła zimną stal
przy szyi. Białowłosy złapał ją za nadgarstki.
![]() |
| Dajmon |
- Chwila! Ja się nie zgadzam!
- Ty chyba nie jesteś stąd prawda? – przybliżył się do niej.
- Nie, nie jestem.
- No moi drodzy, więc powitajmy panienkę na naszym statku
pirackim - kapitan zaakcentował ostatnie słowa.
- Słucham? Statek piracki? W ogóle, gdzie jesteśmy? – Anabeth
już nic nie wiedziała.
- Jesteśmy załogą Krwawego Ognia. Najgroźniejszymi piratami
na całych Karaibach! Jeśli chcesz wiedzieć mamy rok 1657. A ja nazywam się
Dajmon. I jestem ich kapitanem. Flinn zabierz naszego ślicznego gościa
do jej uroczego apartamentu.
- Co! Nie! Chwila! – protestowała. Niestety i tak zamknęli
ją w ciemnym pokoju bez okien, jedzenia i miejsca do spania. Zaczęła płakać.
_________________________________________________________________________________
Szablon który miał być na następne parę miesięcy starczył na mniej niż miesiąc. Nie wiem co się stało. Przy jednych postach można dodawać komentarze, a przy innych nie. Postaram coś na to zdziałać.
Zdenerwowana na głupi szablon Arjana
P.s Na razie będzie ten zrobiony na szybko z kotem i księżycem w nagłówku.
Edit: Komentarze można dodawać. Szablon znów zmieniony.
P.s Na razie będzie ten zrobiony na szybko z kotem i księżycem w nagłówku.
Edit: Komentarze można dodawać. Szablon znów zmieniony.
Subskrybuj:
Posty (Atom)







